J. Wilson: Upadek FC Barcelony w wyniku dekadencji mogącej wykończyć każdy wielki zespół

17 sierpnia 2020, 08:00

18 komentarzy

Rozczarowany Messi schodzi z boiska po ostatnim gwizdku sędziego (fot. Getty Images)

Upokorzenie przez Bayern stanowi pogrom nieoglądany na tym poziomie od półfinału mistrzostw świata w 2014 roku. FC Barcelona nie może powiedzieć, że nie została ostrzeżona. Bilans jej pożegnań z Ligą Mistrzów po 2017 roku jest zawstydzający dla drużyny tego kalibru. Upokorzenie za upokorzeniem. Być może teraz, po najwyższej porażce katalońskiego klubu od 1946, porażce szokującej zarówno przez pryzmat wyniku, jak i obrazu gry – podjęte zostaną wreszcie decyzje stosowne do sytuacji.

Od czasu do czasu mamy okazję oglądać mecze, w których jak tektoniczne płyty spotykają się dwa piłkarskie trendy. W Lizbonie po jednej stronie mieliśmy taktyczną wyższość Niemców: wysoko ustawioną linię obrony, czuły jak potraktowanie kowadłem pressing na całej długości boiska, wyraźną przewagę fizyczną, szybką wymianę piłki, a także coraz bardziej decydujące dziś na najwyższym poziomie futbolu dynamiczne zmiany tempa rozgrywania akcji ofensywnych. Po drugiej stronie był syty minionymi sukcesami zespół w stanie dekadencji, która może „rozłożyć” największą piłkarską markę.

„Żenujący koniec pewnej ery” – reakcje hiszpańskiej prasy na zniszczenie Barcelony

Na płaszczyźnie szkoleniowej porażkę Barçy, głównego dostawcy zwycięskiej reprezentacji 2008-2012, można rozpatrywać w szerszym kontekście. Do bardzo niedawna Hiszpania była wiodącą siłą europejskiej piłki. Sevilla FC wciąż może zostać dziesiątym zwycięzcą Ligi Europy z tego kraju w ostatnich 17 latach. W Lidze Mistrzów moglibyśmy mówić o ósmym hiszpańskim mistrzu w dwunastu ostatnich edycjach. Już wiemy, że do tego nie dojdzie. Zanim rozgrywki weszły w fazę półfinałową, w ciągu ośmiu dni wszyscy reprezentaci LaLigi odpadli z rozgrywek w sposób, który zmusza do pytań o kondycję całego hiszpańskiego futbolu.

Real Madryt zostawił w rewanżu 1/8 finału wrażenie urażonego, że City przeciwstawiło mu wydajny pressing. Atlético wyglądało na wycieńczone i zrezygnowane po tym, jak RB Lipsk po raz drugi objęło prowadzenie w drugim z ćwierćfinałów. Jakiekolwiek symptomy szerszego problemu LaLigi wynikające z tegorocznych rezultatów obu madryckich klubów – niepodobnych w swej apatii do ich dyspozycji w minionych sezonach – są zwielokrotnione po tysiąckroć, gdy mowa o Barcelonie.

Po cudem odrobionym wyniku 0:4 z PSG w 2017 roku przyszło 0:3 z Juventusem w tej samej kampanii, 0:3 z Romą rok później i 0:4 z Liverpoolem w 2019 roku. Wszystkie wynikały z gasnącej formy starzejących się pomocników pogłębionej upartym trwaniem przy grze opartej na pressingu z góry skazanej na niepowodzenie przez równie zardzewiałych, statycznych w grze bez piłki napastników. Fakt, że w tym okresie Blaugrana przy dwóch okazjach na trzy zdobyła mistrzostwo kraju, wystawia świadectwo całej hiszpańskiej lidze w tym sensie, że inni wielcy LaLigi przegapili sygnały ostrzegawcze przed bolesnymi porażkami, jakich w tym roku doznali ramię w ramię z Katalończykami.

Pięć lat temu Guardiola przyjechał z Bayernem na Camp Nou z okazji pierwszego starcia półfinału Ligi Mistrzów. Wyraźnie polegając na logice, że Barça nie czuje się komfortowo naprzeciw zespołów, które stosują wobec niej agresywny pressing (co silniej niż ktokolwiek inny wykazał Simeone w europejskich pojedynkach Blaugrany z Atlético), Pep zaszalał z nieroztropnie wysoko ustawioną obroną, która okazjonalnie sprawiała pewne trudności Barcelonie. Niepożądanym z punktu widzenia trenującego wówczas niemiecki klub Katalończyka efektem ubocznym takiej strategii było zostawienie dużej przestrzeni na dokazywanie tercetowi Messi-Suárez-Neymar. Skłoniło to Guardiolę do modyfikacji ustawienia wpół dystansu pierwszej części gry, kiedy ku zdumieniu widzów nadal utrzymywał się wynik 0:0 – każdy na korzyść Barçy byłby mniejszym zaskoczeniem. Zachwiany problemami w obronie, Bayern stracił trzy gole w dalszej części spotkania.

W piątek w Lizbonie Bayern również „pressował” wysoko. I tym razem można było odnieść dziwne wrażenie porzucenia swojej połowy przez niemiecki klub na rzecz ofensywnych graczy rywala. Barça trzykrotnie przedostała się za linię obrony Bawarczyków podczas pierwszego kwadransa meczu. Zdobyła bramkę, uderzyła w słupek, a Messi po solowym rajdzie uderzył wprost w Neuera. Jednak po 31 minutach Barcelona, zniszczona pressingiem, przegrywała 1:4. W ciągu 26 minut Bayern oddał 13 strzałów.

Po meczu z Bayernem FC Barcelona przymierza się do pożegnania z Quique Setiénem (fot. Getty Images)

Po 90 minutach doszło do najdotkliwszej kapitulacji renomowanej drużyny z piłkarskiego topu od półfinału mistrzostw świata 2014 roku w Belo Horizonte, gdzie Niemcy pokonały Brazylię 7:1, Thomas Müller skończył mecz z dwoma golami, a Hansi Flick nadzorował sytuację z ławki z tą różnicą, że był wówczas asystentem, a nie głównym trenerem. W Brazylii pękła drużyna „nadmuchana” ponad swoje możliwości nacjonalizmem i sentymentami. Dezintegracja Barçy jest raczej strukturalna, rezultat lat zaniedbań i błędów kadrowych, częściowo wynikających z tego, że wielcy współczesnej piłki mogą kupować praktycznie bez ograniczeń bez żadnych rzeczywistych konsekwencji.

Półfinał z 2015 roku wydaje mi się bardziej właściwym punktem odniesienia. Czterech piłkarzy Bayernu Monachium oglądanych w Lizbonie – Neuer, Boateng, Müller i Robert Lewandowski – grało w meczu sprzed pięciu lat, a Davida Alabę ominął on z powodu kontuzji kostki. W składzie Barcelony sprzed dwóch dni znalazło się sześciu uczestników zwycięskiego dla nich spotkania z Bayernem Guardioli, w tym Ivan Rakitić, litościwie pozostawiony na ławce rezerwowych. Żaden z wymienionych graczy Bayernu z pola nie przekroczył 31. roku życia, zaś resztę składu wypełniają talenty dużo młodszych zawodników. Trzydziestojednoletni Jordi Alba jest najmłodszym z barcelońskich weteranów tamtego półfinału poza bramkarzem. Lionel Messi, Luis Suárez, Sergio Busquets i Gérard Piqué nadal stanowią kręgosłup składu Katalończyków.

Reakcje Gerarda Piqué i Frenkiego de Jonga po jednej z ośmiu bramek Bayernu (fot. Getty Images)

Mimo wszystkich wydanych pieniędzy. Nie mówimy przecież o przypadku zakręconego kurka. Przez pięć lat od wspomnianego półfinału Barcelona wydała na nowych piłkarzy nie mniej niż 968 milionów euro (ich największym beneficjentem został Liverpool). Trójka najdroższych zawodników w historii klubu z Camp Nou – numery cztery, pięć i sześć na liście najwyższych transferów w historii dyscypliny – przyjechała na Estadio da Luz. Antoine Griezmann wszedł na boisko w przerwie i "udało mu się" wykonać osiem podań w 45 minut swojej gry. Ousmane Dembélé nigdy nie podniósł się z ławki. Philippe Coutinho odegrał większą rolę podczas 16-minutowego epizodu, w którym dał drużynie asystę i dwa gole. Niestety, zagrał w barwach Bayernu, gdzie został wypożyczony przed sezonem dla odciążenia najwyższej w klubowej piłce barcelońskiej listy płac.

– Nie byliśmy w tym meczu klubem, jaki reprezentujemy – oświadczył po meczu prezydent FC Barcelony Josep Maria Bartomeu. To nieprawda. Była to dokładnie ta sama Barcelona, jaką oglądamy od czterech lat. Tak wygląda potencjalny los wszystkich wielkich klubów Europy. Kadrowe bogactwo, na jakie mogą sobie pozwolić ze swoich przepastnych kieszeni, izoluje je od rzeczywistości. Mogą systematycznie tratować ligowych rywali, lecz samozachwyt lokalną potęgą i rozlazłość w zarządzaniu szybko wyjdą na jaw w spotkaniu z poważną konkurencją na arenie europejskiej.

Porażka 2:8 jest sama w sobie wystarczająco nietypowa, aby pociągnąć za sobą konsekwencje. To jednocześnie radykalny przykład dla wszystkich. Do tego prowadzi kupowanie bez spójnego planu, zwalnianie trenerów na widzimisię, przedłużanie budowania zespołu na starzejących się liderach w nieskończoność. Barça potrzebuje kompletnej przebudowy. Zburzyć wszystko i zacząć od nowa.

Może to stanowić dla katalońskiego klubu największe wyzwanie. Po latach ignorowania niezliczonych alarmów, nie ma żadnej gwarancji, że przejmą się kolejnym.

Przekład autorstwa Karola Chowańskiego. Hiperlinki i opisy zdjęć zgodne z oryginałem. Kopiowanie fragmentów lub całości artykułu jedynie za upoważnieniem Redakcji FCBarca.com.

Jonathan WILSON – jeden z najbardziej cenionych ekspertów w zakresie piłkarskiej taktyki. Historyk futbolu, autor znakomitych książek, m.in.: „Odwrócona piramida. Historia taktyki piłkarskiej” (2008), „Bramkarz, czyli outsider” (2012), „Aniołowie o brudnych twarzach. Piłkarska historia Argentyny” (2016), „Behind The Curtain: Travels in Eastern European Football” (2006), „Brian Clough: Nobody Ever Says Thank You” (2011), „Anatomia Liverpoolu” (2013), „The Barcelona Legacy: Guardiola, Mourinho and the Fight For Football's Soul” (2018). Redaktor naczelny prestiżowego kwartalnika The Blizzard. Regularnie pisze dla Sports Illustrated i The Guardian.

Na Twitterze jako @jonawils.

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

Pewnie nie wyciągną wniosku i będziemy drugim Milanem w następnym sezonie .Nie wiem czy Koman będzie miał jaja wyjebac paru cwaniaków z drużyny

Wszytko pięknie, tylko to zwalnianie trenerów na widzimisię akurat tu jest to trochę trudniejsza sprawa, EV uchował się po Romie ale po Liverpoolu to już nie powinien, a zwolnienie go później było konsekwencją tego że jego drużyna wyglądała jeszcze słabiej niż wcześniej więc tu Bartomeu zaryzykował ale szampana nie pije.

Obecnie zarządzanie wielkich klubów piłkarskich jest wielką sztuką. Z jednej strony piłkarze najlepiej wiedzą czego potrzebują, żeby ich zespół stał się coraz lepszy, bardziej konkurencyjny. A więc musi być trener z pomysłem i autorytetem, potrafiący narzucić dyscyplinę a i potrafi docierać i wysłuchać każdego członka zespołu. Nie mylić z trenerem aroganckim, wszystko wiedzącym. Następna sprawa to transfery. Nie musi być najdroższy piłkarz a raczej piłkarz pasujący do jego taktyki i możliwości zespołu. Z drugiej strony jako wielkie przedsiębiorstwo zarabiające na przede wszystkim pokrycie wydatków (w lwiej części na pensje dla zawodników) musi być ktoś kto doskonale prowadzi takie firmy. Takie przedsiębiorstwo musi także rozwijać się jako marka globalna. Potrzeba nie tylko prezesa lub wiceprezesów do takich zadań ale kompetentnych ludzi z biznesu na wszystkich szczeblach. Piłka nożna od dawna staje się działalnością sportowo-biznesową. Bardzo trudno pogodzić się ambicje sportowców i przedsiębiorców bo nie zawsze jedni rozumieją intencje drugich. Dlatego moim zdaniem idealnym kandydatem na prezesa lub nawet wiceprezesa to były dobry piłkarz, obecnie z powodzeniem prowadzący biznes. Taki człowiek doskonale rozumie mentalność obu środowisk. Dla mnie marzeniem jest, żeby Pique skończył teraz karierę sportową i kandydował na prezydenta Barcelony. Pique byłbym idealnym prezydentem dla Barcelony w tych czasach. On wiedziałby jakie zmiany potrzebowałaby Barca.

Wszystko w punkt. Odspawac Bartomeu!

I pomimo tego że każdy widzi że kolos się chwieje dziś znów można przeczytać że Barca jednak szykuje się na Neymara. Cesarz zostaje (łaskawie może zrobi wybory 2 miesiące przed końcem kadencji) i dalej będzie trwał finansowy bal.

Świetny tekst, ale gdzie link do źródła?

jakoś Muller, Lewy i paru innych graczy Bayernu, tez jest starych i zespol mozna bylo na nich zbudowac. To jest kwestia nastawienia , a nie wieku!

Matko, jaki dobry tekst, dzięki Ci, Redakcjo.

Doszliśmy do takiego poziomu że brak hiszpańskiego zespołu w półfinale to ogromne zaskoczenie i rozczarowanie. W tegorocznym zwariowanym turnieju jest dużo niespodzianek. Byliśmy rozpieszczeni dotychczas i widać że dyrekcja Naszego klubu przespała czas na budowę drużyny. Sezon, nawet dwa bez wielkich osiągnięć to jednak nie koniec świata a naturalna kolej rzeczy