Wywiad FCBarca.com: Wybór klubu to miłość na całe życie

Marcin Poreda

3 grudnia 2019, 14:00

26 komentarzy

Fot. Getty Images

Za nami 120. rocznica powstania FC Barcelony. Naszym czytelnikom zaprezentowaliśmy już artykuł historyczny o początkach klubu, potem łamy portalu zaszczycił Christo Stoiczkow w pierwszej części wywiadu, zaś wczoraj Leo Messi odebrał swoją szóstą Złotą Piłkę. Cały czas trwa też głosowanie w plebiscycie Złotej Piłki FCBarca.com. Tym razem prezentujemy Wam wywiad z redaktorami portalu, w którym odpowiadają oni na pytania związane z kibicowaniem FC Barcelonie. Być może ich wypowiedzi będą zbliżone również do Waszych historii. Zachęcamy do odpowiadania na poniższe pytania w komentarzach. Niech każdy podzieli się swoją historią!

Redaktorzy odpowiedzieli na trzy pytania:
1. Jak zaczęła się Twoja przygoda z kibicowaniem FC Barcelonie?
2. Jakie jest Twoje największe przeżycie (pozytywne lub negatywne) związane z FC Barceloną?
3. Jak obecnie podchodzisz do kibicowania FC Barcelonie?

Julia Cicha

1. Jako że nie jestem chłopcem, jakoś nie przyszło mi do głowy grać w piłkę. Mojego brata ciągnęło przede wszystkim do komputera, więc cała nadzieja taty spoczęła, chcąc nie chcąc, na mnie. Nie bez powodu, gdy moja mama była w ciąży, tata mówił do mnie „synku”. Miłość do Barçy zaszczepił mi więc tata, który zespół śledził od młodości, choć wtedy trudno było o telewizor. Moje pierwsze wspomnienia sięgają sezonu 2005/06 i wygranej Ligi Mistrzów, choć wtedy nie za bardzo wiedziałam jeszcze, co to spalony. Później przyszły lata gimnazjum i typowe „jestem za Barceloną, ale w finale LM gra Chelsea z MU, więc kibicuję United”. Przynajmniej czułam już, że od The Blues lepiej trzymać się z daleka. W pełni świadomie moją przygodę rozpoczęłam właściwie od początku epoki Pepa Guardioli, czyli można powiedzieć, że trafiłam najlepiej, jak tylko się dało.

2. Nie wiem, czy można to określić największym pozytywnym przeżyciem, raczej tym najmniej oddalonym w czasie. Z masochistycznymi zapędami i niewielką wiarą dnia 8 marca 2017 roku zabrałam się do oglądania rewanżu Barcelony z PSG. Efekt? Po golu Sergiego Roberto współlokatorka przybiegła do mnie do pokoju, pytając, dlaczego tak krzyczę i czy wszystko u mnie w porządku. Było jak najbardziej w porządku. Gdyby taki moment dało się zamknąć w buteleczkę, sprzedawano by go pod nazwą „czyste szczęście”.

3. Obecne kibicowanie Barcelonie to tak naprawdę sinusoida. Gra nie daje mi tyle radości co wcześniej, czasem nawet się nudzę, a kolejne potknięcia wywołują we mnie coraz mniej emocji. Zobojętnienie jest wg mnie gorsze niż smutek lub rozczarowanie. Nie chciałabym dojść do momentu, w którym „będzie mi wszystko jedno”. Mimo to, jakkolwiek źle by się nie działo, wciąż wierzę, że wybór klubu to miłość na całe życie, bez rozwodu, unieważnienia małżeństwa, bez separacji. Nie znaczy to jednak, że bez gorszych momentów. Czekajmy więc na te lepsze. Warto.

Piotr Guziński (ViscaBarca123)

1. Do kibicowania FC Barcelonie zainspirowali mnie bracia. Na DVD odpalałem nagrane przez nich różne skróty spotkań Barcelony i oglądałem je. Futbolem zaczynałem interesować się coraz bardziej i podczas skrótów moją uwagę zwracał głównie jeden zawodnik. Był to Ronaldinho. Pewnego dnia na płycie znalazłem wiele filmików z nim. Po włączeniu ich nie potrafiłem ukryć zdumienia tym, co potrafił zrobić z piłką. Filmiki z Joga Bonito potrafiłem zapętlać po kilkanaście razy, a następnie obejrzane sztuczki starałem się powtarzać samemu. Zacząłem czytać o wszystkim, co było związane z Ronaldinho, a także samą Barceloną. Wiele o klubie opowiadali mi właśnie bracia i to oni wprowadzali mnie w świat piłki i bordowo-granatowy świat. To z nimi zacząłem oglądać spotkania w wykonaniu Dumy Katalonii i już w młodym wieku nie chciałem opuścić ani jednego meczu. Wprawdzie załapałem się niestety tylko na ostatni sezon Ronaldinho w stolicy Katalonii, ale po nim nadeszła piękna era Guardioli.

2. Największe przeżycie związane z FC Barceloną jest oczywiście pozytywne. Tych pięknych momentów było bardzo dużo, jednak zdecyduję się chyba na pierwszy sezon Luisa Enrique na ławce trenerskiej Barçy i zdobycie drugiego trypletu w historii klubu. Tridente MSN, które potrafiło wyczyniać cuda i miażdżyć przeciwników. Barcelona, która właśnie z Messim, Luisem i Neymarem na czele szła jak burza przez kolejne fazy pucharowe Ligi Mistrzów, gdzie pokonywała mistrzów europejskich lig. Nikt nie mógł się z nami równać i byliśmy postrachem w Europie. Do tego dochodzi pożegnanie Xaviego, który rozegrał ostatni sezon w Barcelonie. Z tym okresem mam mnóstwo pięknych wspomnień i ciężko o nich zapomnieć. Dla mnie magiczny sezon.

3. Stosunek do obecnej Barçy? Nie mogę powiedzieć, że nie interesują mnie mecze obecnej Barcelony. Jeśli faktycznie jakiegoś spotkania nie oglądam, to tylko ze względu na to, że zabrakło czasu, a nie dlatego, że nie miałem ochoty na oglądanie "Valverde ball". Po porażce z Liverpoolem faktycznie coś we mnie pękło i pojedynki Barçy oglądam z mniejszym zapałem, nie emocjonują mnie one tak, jak chociażby w poprzednim sezonie. Mimo wszystko wciąż staram się nie opuszczać meczów i śledzić je jak najbardziej uważnie. Mam tylko nadzieję, że wkrótce nadejdzie w tym klubie czas zmian, które są zdecydowanie potrzebne.

Błażej Gwozdowski (blazeq)

1. Jak pewnie większość młodych kibiców z lat 90-tych na początku kibicowałem po prostu jednemu z dwóch zespołów, których mecz transmitowano w TV, zwłaszcza w LM i MŚ czy ME. O meczach w lidze hiszpańskiej można było wtedy zapomnieć – pozostawała poczciwa telegazeta, gdzie najszybciej można było znaleźć wyniki meczów. Myślę, że decydujący był sezon 97/98, kiedy Real zdobył LM, a mój tata był po prostu zachwycony grą Mijatovicia, Raúla czy Redondo. Ja miałem już wtedy jednak koszulkę Ronaldo z wcześniejszego, jedynego jego sezonu w Barcelonie i choć nie do końca rozumiałem, jakie barwy klubowe przyodziewam, to trochę na przekór tacie zacząłem się coraz bardziej angażować. Dziś już takich sporów między nami nie ma, ale wciąż na każde moje 5:0, znajdzie się 13 Pucharów Europy. Oczywiście w przyjaznej atmosferze.

2. Chociaż Barcelona w ostatnich kilkunastu latach dostarczała nam mnóstwo pozytywnych emocji, to mi najbardziej wrył się w pamięć sezon 99/00. Najpierw wspaniałe odwrócenie losów dwumeczu z Chelsea i wygrana po dogrywce 5:1! Niesamowite emocje i prawdziwa radość dziecka wierzącego, że tym razem to Barcelona wygra LM. Później prawdziwe rozczarowanie po dwumeczu z Valencią i na dokładkę kolejny Puchar Mistrzów dla Realu. Na dodatek po tak znakomitej grze! Bolało strasznie.

3. Aktualnie Barcelona pozostaje jedynym klubem piłkarskim, którego poczynania śledzę. Minęły już czasy, kiedy co tydzień oglądałem po dwa mecze w Lidze Mistrzów i Pucharze UEFA. Emocje też już nie są takie same. Chyba po prostu piłka nożna na najwyższym poziomie poszła w kierunku, który nie do końca mi odpowiada. Coraz więcej rozmawia się o pieniądzach, a mniej o samym sporcie. Ponadto jeszcze przed zakończeniem meczu mamy dostęp do wszystkich statystyk, możemy łatwo oceniać zawodników, szukać winnych porażek… Ma to oczywiście swoje plusy, ale nie sprzyja emocjonowaniu się samą rywalizacją.

Maciej Szumiński (Szumi)

1. Finał PZP z PSG 14 maja 1997. Czasy, kiedy po boisku razem biegali Pep Guardiola, Iván de la Peña, Christo Stoiczkow, Luis Enrique i Luís Figo. Wielki sezon Ronaldo, „tego prawdziwego" z Brazylii, w którym zdobył 47 bramek w 49 występach i zakończył go wygraną większości indywidualnych trofeów. Liczby dzisiaj absolutnie w zasięgu Messiego sezon w sezon, ale ponad dekadę temu dostępne jedynie dla nielicznych. I choć w mojej pamięci mam inne wspaniałe akcje Ronaldo z tamtego sezonu, to jednak jako moment szczególny w mojej pamięci pozostaje właścinie wygrany finał po bramce Brazylijczyka z rzutu karnego.

2. Największe emocje, jakie przeżyłem w mojej kibicowskiej historii, to gol Iniesty z 2009 roku z rewanżowego meczu z Chelsea zdobyty w 93. minucie spotkania. Pamiętam dotychczas mój rajd po pokoju, który prędkością dorównywał temu Pinto wyprzedającego Guardiolę, pomimo iż byłem w trakcie rekonwalescencji po rekonstrukcji więzadła krzyżowego. Ten gol był dla mnie prawdziwym spoiwem drugiego Dream Teamu Barcelony i stworzenia legend Messiego, Xaviego, Iniesty czy Guardioli. Nawet finały w Rzymie, Londynie, Berlinie czy Paryżu (a wszystkie cztery pamiętam bardzo dokładnie) nie były dla mnie takim doznaniem.

3. Na pewno o wiele spokojniej niż kiedyś. [śmiech] A przynajmniej do 50-55 spotkań, zwłaszcza w ostatnich ponad dwóch sezonach. W tych najważniejszych meczach sezonu, zwłaszcza w Lidze Mistrzów, wciąż odzywa się we mnie stary kibic, emocjonujący się i zagryzający paznokcie w większości akcji. Powyższy opis dotyczy meczów oglądanych w domowych warunkach, ponieważ są dwa wyjątki: mecze oglądane w towarzystwie kamratów z FCBarca.com na zlotach redakcyjnych oraz spotkania oglądane na żywo na stadionie. W trakcie naszych zlotów redakcyjnych, których odbyliśmy już ponad 20, staramy się zawsze obejrzeć Klasyk i mieliśmy szczęście oglądać wspólnie słynne pogromy 6:2 oraz 5:0, które pozostawiły ślad w naszych wspomnieniach. Z kolei mecze oglądane na żywo pozwalają dostrzec mnóstwo aspektów niewidocznych w telewizji i mają zupełnie inny ładunek emocjonalny. Staram się być dwa razy w sezonie na meczu Barcelony, cokolwiek by się nie działo. Miałem okazję oglądać na żywo na boisku razem Puyola, Piqué, Iniestę, Xaviego oraz Messiego w ich „prime time" – takiego wspomnienia już nikt mi nie odbierze.

Radek Widera (Lisek)

1. Pierwsza świadoma przygoda z piłką rozpoczęła się w 2002 roku, kiedy rozgrywano Mistrzostwa Świata w Korei Południowej i Japonii. Na tym turnieju niesamowite wrażenie wywarła na mnie reprezentacja Brazylii i oczywiście Ronaldinho. W dużej mierze to dzięki niemu moja sympatia powędrowała do stolicy Katalonii. Po zakończeniu Mundialu poprosiłem rodziców o koszulkę z jego nazwiskiem. Oczywiście doczekałem się jej po dłuższym czasie, gdy był już zawodnikiem Barcelony. Zacząłem śledzić jego karierę na tyle, na ile było to wówczas możliwe – sprawdzając wyniki w telegazecie. Z czasem zacząłem regularnie oglądać spotkania Blaugrany do tego stopnia, że przerodziło się to w pasję, która towarzyszy mi do dziś.

2. Trudno powiedzieć. Nie mam jakiegoś jednego. Fantastycznie wspominam iniestazo z Chelsea w 2009 roku, zresztą całą erę Pepa Guardioli. Nie mogę nie wspomnieć oczywiście także o pierwszej wizycie w Barcelonie i Camp Nou, kiedy spełniłem największe marzenie z dzieciństwa. Oprócz samych radości i smutków związanych stricte z wynikami zespołu jest coś jeszcze. Dzięki kibicowaniu poznałem wielu świetnych ludzi. Z częścią z nich regularnie spotykamy się na przysłowiowym „piwku” i godzinami rozmawiamy o piłce.

3. Zupełnie inaczej niż jeszcze kilka lat temu. Kiedyś nie wyobrażałem sobie przegapić jakiegokolwiek meczu Barcelony. Nieważne, czy towarzyskiego, czy finału pucharu. Dziś po latach nie mam z tym problemu. Obecnie jako dorosły już człowiek zdaje sobie sprawę z priorytetów i faktu, że świat nie kończy się na piłce. Futbol prezentowany obecnie przez Valverde też nie przekonuje mnie, by znów być poniekąd fanatykiem.
Obecnie staram się oglądać większość spotkań Katalończyków, cieszę się z każdego zwycięstwa, nie płaczę po porażkach [śmiech] i świetnie spełniam się w pracy dla serwisu.

wpwelement

1. Jak już kiedyś wspominałem, do klubu przyciągnęły mnie brazylijskie gwiazdy. Romario, Ronaldo i spółka byli bardzo popularni, również na moich podwórkowych boiskach. Los tak chciał, że śledząc ich poczynania zacząłem również baczniej obserwować ligę hiszpańską, a potem konsekwentnie FC Barcelonę. Rivaldo był takim moim pierwszym idolem, dzięki któremu zacząłem kibicować Blaugranie w rzeczywistym tego słowa znaczeniu. Również zaciąg holenderski z Kluivertem na czele mocno mnie zbliżył do klubu. Sympatyzowałem z Oranje na Mistrzostwach Świata w 1998 roku we Francji. Z czasem zacząłem poznawać historię klubu, zbierać o nim różne informacje z dostępnej prasy i śledzić wyniki, a kiedy była możliwość, to oglądałem spotkania na żywo. Potem przyszła doba Internetu, znalazłem FCBarca.com i poznawanie klubu stało się łatwiejsze, bardziej dostępne i do dziś jest moją pasją.

2. Przeżywam wszystkie mecze, które oglądam. Mam wiele wspomnień, które wbiły mi się w pamięć. FC Barcelona grała w wielu emocjonujących finałach. W pięknym stylu ogrywała Real Madryt w Klasykach. Ronaldinho wprowadzał w zachwyt niejednego kibica nawet drużyny odwiecznego rywala. Rivaldo dał emocje strzałem z przewrotki z Valencią, Iniesta z Chelsea czy Roberto w remontadzie z PSG. Cała kariera Messiego i możliwość oglądania go z piłką przy nodze jest niesamowitym przeżyciem. Drużyna Pepa zawsze pozostanie dla mnie tą, którą zapamiętam jako najlepszą w historii futbolu. Lecz jeśli miałbym wybierać, to największym przeżyciem dla mnie była możliwość celebracji Pucharu Europy w 2006 roku po strzale Bellettiego. Jako że w 1992 roku nie wiedziałem, nawet jak się pisze i czyta, to tym bardziej nie wiedziałem, co to jest Liga Mistrzów. Z czasem poznałem elitarność trofeum, ale wciąż natenczas nie przeżyłem tego jako triumfujący kibic. Ta pierwsza za „mojej kadencji” wywalczona na Stade de France jest dla mnie, jako fana, największym przeżyciem, wspomnieniem i spełnieniem kibicowskich marzeń.

3. El cor em bategava, no em preguntis perquè, del Barça sóc supporter, sempre t’animaré!*. Tutaj mógłby skończyć, ale rozwinę. Podchodzę do tego tak jak zawsze. Wszystko, co się dzieje w moim życiu, uzależniam od meczów FC Barcelony. Terminarz na stronie włączam automatycznie, gdy cokolwiek planuję. Rodzina, przyjaciele i znajomi mogą na tym cierpieć, ale mnie to nigdy nie interesowało, bo de facto nikogo nie krzywdzę. Gdy jest mecz, to mnie nie ma. Zamykam się na wszystkie kontakty ze światem zewnętrznym i przeżywam chwilę razem z barcelonismo. Na szczęście moja żona jest najwierniejszą z culés, więc w domu nie jestem osamotniony. Zawsze traktowałem mecze jak ucztę i obecnie nic się nie zmieniło. Nie wyobrażam sobie, żeby kiedyś było inaczej, nawet gdy słucham od niektórych kibiców o ich szarych wizjach w stosunku do drużyny Valverde. Warto być może przytoczyć tutaj słowa Christo Stoiczkowa, który ostatnio powiedział, że „Barcelona musi wygrywać, nawet gdy nie gra pięknie, a gdy gra pięknie, to już z pewnością musi wygrywać”.

* – "Moje serce bije, nie pytaj dlaczego, jestem kibicem Barçy, zawsze będę Cię wspierać "

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

Nie młody już, ale wciąż świetnie się zapowiadam, lecz gdyby komuś przyszło się bawić w dociekliwość to znajduję się w połowie między czwartą, a piątą dziesiątką życia. Trochę więc przeżyłem i niejednego doświadczyłem; piłem wodę z wazonu po kwiatkach na kacu, paliłem trawkę i Camele, byłem na wieży Mariackiej gdy grano hejnał, przeżyłem zaćmienie słońca, jadłem frytki w Mc’Donaldzie i piłem kawę w Sturbaksie, urąbałem się Rakiją i chorwacką śliwowicą, spałem na ławce w Kaliszu Pomorskim…

1. / 2.
Powiem nieskromnie, noszę w sobie mądrość tybetańskiego mędrca, a w pamięci finał pucharu Europy 1986 i wyczyny Duckadama. Kto nie wie, niech sobie wygugluje, kto zacz.
Nie inaczej finał 1992 rozgrywany na Wembley. Równie dawno, coś to pojęcie względne, ale pamiętam.
Nie będę jednak upiększał historii. W żadnym z nich nie pamiętam komu kibicowałem, przypuszczam, iż w tym drugim chyba nawet Sampdorii, bo uwielbiałem Viallego.
Mój romans z Barceloną rozkwitł w sezonie 1993/94. Wtedy wszyscy chcieli być jej kibicami. Dream team Cruyffa. Mój wykładowca od prawa morskiego zwykł wówczas mówić „… tej jesieni nie ma lepszego zajęcia, niż rozkoszować się grą Barcelony przy dobrym piwie…”. Nie kłamał. Wprawdzie kilka miesięcy później uwalił mnie na egzaminie, zapraszając tym samym na egzamin poprawkowy, ale chłopa jak nic, wspominam z sympatią.
Tego sezonu wydawało się, że nie ma mocnych na Barcelonę. Późny Koeman, Bakero, Nadal, Beguristain, Ferrer, Stoichkov, baletmistrz Romario i oni wszyscy dowodzeni przez Guardiolę.
Można posłużyć się słowami wszem znanymi - co się więc stało, że się zes…ło?! Najstarsi górale nie wiedzą. Ów felerny finał 1994!
Milan wspiął się na szczyt hiperboli ówczesnych możliwości; zagrał mecz sezonu. Barcelona odwrotnie. Zaliczyła największy dołek. Ociężała i zagubiona. Została wypunktowana i rzucona na deski jak młody bokser przez championa.
Ale…, nie wiem jak wypadki by się potoczyły gdyby była ten finał wygrała? Bo mimo jego przerżnięcia, co pozostawiło mnie z otwartą z niedowierzania paszczą na dobrych kilka minut jeszcze po zakończeniu, na przekór okolicznościom, pozostałem jej wierny i nasz związek - już 25 letni - trwa do dziś, a powyższe wydarzenia, to jednocześnie narodziny i najbardziej traumatyczne jego przeżycie.

Największa euforia natomiast, bo pewnie pierwsza, to 23 listopada 1999 rok. Barcelona melduje się w Berlinie na meczu drugiej fazy grupowej Ligi Mistrzów. Mieszkając w Szczecinie, czyli na dalekich przedmieściach Berlina uznałem - grzechem byłoby nie jechać. Jak jednak zdobyć bilety? Rok 1999 to wciąż jeszcze nie era online.
Po naradzie w sztabie z grupą znajomków od sportu kopanego, udało nam się dotrzeć poprzez kuzyna ojca siostry ciotecznego brata, do szefostwa prężnie wówczas działającego biura podróży. Rzeczone biuro, bilety nam załatwiło.
23 listopada 1999 zatem, pożyczonym Mercedesem Vito mknęliśmy szczęśliwi ku Berlinowi. Zimno okropniście, kilka stopni mrozu i śnieg, choć listopad. Nic to, my uradowani bo tam Barcelona, Kluivert, Rivaldo…
Cóż powiedzieć..., na miejscu mgła ograniczająca widoczność z poziomu trybun na kilka metrów. Niewiele widziałem z tego meczu. Na pewno nie bramki, bo boisko widzieliśmy w zasadzie w 1/4. Mecz zakończył się remisem po golu Lucho. Mimo że mgła, zimno i generalnie wiatr w oczy, nie czułem się zawiedziony. Mój stan bardziej chyba przypominał kogoś po zażyciu zwiększonej dawki extasy.

3.
Jak obecnie traktuję swoje kibicowanie? Wciąż na serio, ale i z dużym dystansem. Mam wielu dobrych znajomych w Madrycie, kibiców Realu. Bez przeszkód upadlamy się przy każdym spotkaniu. Oczywiście rozmowy na linii Barcelona - Real bywają gorące, ale bez przeszkód stanę przy barku z każdym kibicem Realu.
Kiedy mieszkaliśmy przez kilka lat w Azji, zarywałem noce, by oglądać mecze Barcelony i później rześkim stawiać się w biurze. Zgraja dzieciarów, przypadkiem uchodząca za moje dzieci, wie, że tata kibicuje tej Barcelonie bardzo na poważnie. Dziś mogę sobie pozwolić i pozwalam sobie, by kilka, kilkanaście razy w roku być na meczach Barcelony. Posiadam wyrozumiałą i wspaniałą Żonę. Rozumie, że te moje meczowe wyjazdy w samczym gronie robią dobrze wszystkim wokół, a najlepiej mnie.
Barcelońskie porażki potrafią popsuć mi humor, a każdy prezent z nią związany sprawia mi radość. Czasem śmieję się pod nosem sam z siebie - ja, stary grzyb, introwertyk opornie manifestujący emocje, potrafię ekscytować się czymś tak trywialnym. Siła Barcelony!

@Wilk Świetne wspomnienia! Fajnie gdybyś kiedyś chciał się nimi podzielić :) W razie czego dawaj znać do Redakcji!

@Wilk Super się czyta takie wspomnienia, a sam wstęp iście mistrzowski!:)
« Powrót do wszystkich komentarzy