W barcelońskich okoliczno-ściah: Krowa w Grenadzie i sedno kryzysu

Marcin Poreda

22 września 2019, 12:17

152 komentarze

Nie lubię linczów. Sytuacji w której stado ludzi bierze w swoje dłonie widły i postanawia wymierzyć sprawiedliwość. Powody takiego zachowania mogą być racjonalne i zazwyczaj tak jest. Wszak punkty zapalne są tak duże i namacalne, że nie sposób ich negować. W tym wszystkim ważna jest jednak perspektywa i dotarcie do źródła problemu. To jak obecnie traktuje się Ernesto Valverde jest bardzo krótkowzroczne, zwłaszcza kiedy prawdziwi winowajcy pozostają nietykalni.

Krowa grenadyjska

Staram się dbać o język wypowiedzi dlatego wspomniana w tytule krowa jest grą słów opisującą moje odczucia odnośnie wczorajszej gry Barcelony. Rozszyfrowanie jest proste. Wystarczy wypowiedzieć słowo „krowa” po angielsku i nadać mu polskie znaczenie. Pierwotnie myślałem o napisaniu analizy taktycznej, ale szkoda marnować na nią czasu. W postawie piłkarzy (to bardzo ważne określenie, które daje do myślenia) próżno szukać zamysłu, taktyki i oczywiście realizacji. Było po prostu fatalnie i tak się to też oglądało. Wnioskiem bardzo prostym i wygodnym jest #ValverdeOut, tylko nie zgadza mi się w tym wszystkim parę kwestii, a chciałbym dociec sedna – dlatego protestuję przeciwko linczowi.

Sinusoida w grze

Jeśli ktoś spojrzy na w pół sarkastyczny opis w stopce tego artykułu, może zauważyć szereg fraz określających moją piłkarską naturę. O ile fragmenty związane z pewnym stołecznym klubem i jego kapitanem – emanacją klubowych wartości są żartem, o tyle początek stanowi szczerą prawdę. Jestem cruyfistą. W dużym skrócie oznacza to, że sposób gry drużyny jest dla mnie składową najważniejszą, zaś wynik jest jej pochodną. Rozwijając, trzeba zawsze skupić się na dobrej grze, a zwycięstwa przyjdą prędzej czy później. Ta filozofia ma też drugą twarz. Można grać ładnie i dobrze, ale mecz przegrać. Podsumowując jednak wszystko, skupienie się na grze dobrej jest kluczem, bo w konsekwencji prowadzi niemal zawsze do sukcesu. Dowodem jest era Cruyffa, Guardioli i innych cruifistów, którzy przewinęli się przez barcelońską ławkę trenerską. Osiągnęli oni sukces dzięki skupieniu się na dobrym funkcjonowaniu zespołu – wyniki przyszły same jako konsekwencja poukładania w odpowiedni schemat piłkarzy najwyższej klasy.

Patrząc na obecną drużynę Valverde mam w związku z tym dysonans. Dlaczego wczoraj zaprezentowała ona krowę, podczas gdy w meczach z Betisem i Valencią na jej grę patrzyło się momentami z przyjemnością, a decyzje Ernesto (postawienie na Péreza, Fatiego, De Jonga oraz wycofanie Busquetsa) oklaskiwano? Dlaczego w meczu z BVB drużyna w pierwszej połowie zaprezentowała świetną postawę podczas konstruowania ataku pozycyjnego i zabrakło jedynie wisienek na torcie w postaci kluczowych podań i wynikających z nich strzałów na bramkę? Pójdźmy dalej z pytaniami. Dlaczego w drugiej połowie tego samego spotkania zawodnicy nagle stanęli i pozwolili dortmundczykom na tak wiele? Wszak grali Ci sami zawodnicy.

Odpowiedzią na te pytania jest przygotowanie fizyczne. We wczorajszym meczu, w drugiej połowie w Dortmundzie, w Pampelunie i Bilbao widziałem piłkarzy spóźnionych w sytuacjach stykowych. Na tle rywali byli powolni, przewidywalni. W takich okolicznościach nie da się dominować. Drybling jest zbyt przewidywalny, pogoń za rywalem ograniczona. Najgorsze jest jednak przesunięte w czasie dojście do futbolówki – po podaniu od kolegi lub na doskoczenia do rywala. Bez odpowiedniego przygotowania motorycznego i kondycyjnego żaden zespół nie jest w stanie grać dobrze. Brakuje tych ułamków sekund, które decydują o powodzeniu zagrania. To tłumaczy też lepszą grę na Camp Nou i w pierwszej połówce na Signal Iduna Park. Tam rywale od początku się wycofują i pozwalają Katalończykom na swobodne konstruowanie akcji. Wszyscy mają więcej czasu. Tylko czy jest to wina Valverde? Przypominam, że już w presezonie grzmiałem, że latanie po obcych krajach i praktycznie brak poważnego okresu przygotowawczego odbije się na drużynie. Nie sądziłem tylko, że stanie się to tak szybko.

Ryba psuje się od głowy

Powoli dochodzimy więc do źródła problemu. Bezpośrednią analogią do wspomnianego przeze mnie wcześniej cruyfizmu jest relacja szef – pracownik. Bez ogródek zróbmy to na przykładzie Barcelony. Valverde nie jest złem samym w sobie, przyczyną porażek i słabej gry. On jest jaki jest. Jak wspomniałem w poprzednim felietonie, to dobry trener. Niezły taktyk, który kiedy ma taką możliwość, nie boi się dawać młodzieży szans. Pomimo wyraźnych braków w tworzeniu relacji z podopiecznymi pracuje tak, jak najlepiej potrafi. Ma niewątpliwie pewne ograniczenia, które uwidoczniły się już przy okazji meczu z Romą. Nie jest cruyfistą. Wynik jest celem nadrzędnym i można go osiągnąć grając choćby z pomocą Busquets-Rakitić-Vidal. W związku z tym jestem jego przeciwnikiem. Po blamażu w Rzymie chciałem jego odejścia, po skandalu w Liverpoolu jeszcze bardziej i chcę nadal, ale sam Ernesto jest tylko pochodną sposobu zarządzania klubem przez Bartomeu i jego zarząd – jego usunięcie nic nie zmieni, zwłaszcza że na rynku nie ma obecnie żadnych poważnych kandydatów na jego zastąpienie. Propozycja Luisa Enrique, który na zakończenie swojego poprzedniego pobytu nie miał już żadnego wpływu na zawodników, to dla mnie niesmaczny żart. Nie wspominając o tym, że obecnie jest w żałobie. Po EURO w kwestii trenerów wszystko się odmieni, ale czy obecni decydenci powinni mieć na to wpływ?

Piszę o tym dlatego, bo to zarząd Barcelony z Bartomeu na czele, który z dumą podaje do publicznej wiadomości tabelki z cyferkami o przychodach, jest winny obecnego stanu rzeczy. To ten zarząd zatrudnił takiego trenera i pozostawił na stanowisku po dwóch kompromitacjach. To ten zarząd przez wiele lat kupował do drużyny przeciętniaków lub gości nie pasujących do koncepcji. To ten zarząd od kilku lat sabotuje przygotowania drużyny do sezonu, a w tym roku przekroczył granicę wstydu, nakazując piłkarzom latanie od Japonii do USA. To również ten zarząd w miernym stopniu współpracował z wybranym przez siebie Valverde w kwestii transferów.

Kiedy lincz nic nie zmieni

Moją konsternację budzi jedna kluczowa kwestia. Styl Valverde jest od niemal samego początku taki sam. Zawsze różnicą był jednak Messi, który tworzył sytuacje i strzelał gole. Szanuję kibiców, którzy od dłuższego czasu, niezależnie od wyników, wprost twierdzili, że Valverde powinien odejść. Jednocześnie nie dziwię się tym, którzy krótkowzrocznie argumentowali zdobytymi trofeami  konieczność jego pozostania – wszak nie są specjalistami i nikt nie wymaga od nich wiedzy w tym zakresie. Gdzie w tym wszystkim jest jednak zarząd Barcelony? Tak jednak myślą „pragmatyści” z biur na Camp Nou. Nie potrafią powiązać słabej gry z nadchodzącym kryzysem. Dopóki do gabloty coś wpada i klub nie generuje strat, dopóty udają że problemu nie ma. Są przeciwieństwem logiki, a największą wartość mają dla nich cyferki i kreatywna księgowość. Miliard euro przychodu – reszta jest konsekwencją. Bolesną dla kibiów.

Dlatego uważam, że zwolnienie Valverde będzie jedynie pudrowaniem trupa. Zawodnicy nie są dobrze przygotowani do sezonu. Najlepiej w zespole wygląda Ansu Fati, który miał normalne wakacje  i okres presezonowy w rezerwach. Messi dopiero wraca po kontuzji, Suárez jest w kiepskiej dyspozycji (też po kontuzji), a Griezmann nie potrafi odnaleźć się na murawie. Semedo z każdym meczem coraz bardziej udowadnia jak dużą pomyłką był jego transfer. Zwolnienie szkoleniowca w tym momencie nie wróci piłkarzom sił i formy. Jest jednak jedna sytuacja, w której widzę odejście Ernesto jako sensowne. Dymisja zarządu i zwołanie przedterminowych wyborów. Jeśli do sterów w klubie znów usiedliby cruyfiści, to ich decyzje nosiłyby w sobie znamiona logiki i nadziei. Czy są jednak na to jakiekolwiek szanse?

Osobiście nie wierzę w dymisję Valverdę. Messi niedługo dojdzie do pełni formy i zacznie ratować drużynę jak to ma w zwyczaju. Zawodnicy złapią rytm i z ogromnym opóźnieniem zyskają świeżość – to nieuniknione w cyklu treningowym. Wrócą gole i zwycięstwa, styl pozostanie ten sam - pragmatyczny, nudny, ale skuteczny. Jednocześnie jeśli już Valverde zostanie zwolniony, nie będę płakał. Zamiast tego mocno się martwił jaką to kolejną „genialną” decyzję strategiczną zaserwuje nam Bartomeu. Dla tych wszystkich, którzy rzucają hasztagami #ValverdeOut polecam, żeby zmienili myślenie i starając się dociec sedna zaczęli pisać #BartomeuOut. To znacznie bardziej sensowne.

Powiązane artykuły

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

Osobiście po tym meczu nie mogę pojąć jednego, czemu od pierwszej minuty nie grał Arthur...
Nastepnie w momencie meczu kiedy potrzebujemy kogoś kto uspokoi grę w środku, utrzyma się przy piłce ( czyli Arhur ) na boisko wchodzi gość który nadaje się tylko na mecz walki gdzie np. trzeba utrzymać dobry wynik ( czyli Vidal ) ...kompletnie nie rozumiem tej decyzji Valverde...
Zagraliśmy od pierwszej minuty w środku pola jałowym Rakiticiem i ogłupiałym Roberto ( bo ten gość już sam nie wie czy gra w pomocy czy w obronie )...
« Powrót do wszystkich komentarzy