Niektóre przypadki pana H.H.

Eoren

11 listopada 2015, 18:42

19 komentarzy

Opuszkami palców wybijam o blat bezsensowny rytm, czekając aż płyta kuchenki nagrzeje się zmieniając kolor na czerwony i woda zacznie w końcu wrzeć. Po chwili przelewam już ciemny płyn do filiżanki – biała, płaska, malowana w stylizowane wizerunki pszczół – i gęste kłęby pary zaczynają się unosić dookoła moich dłoni. Istnieją takie historie, które są jednocześnie za długie i za krótkie. Wiem, że ta będzie do nich należeć i zastanawiam się teraz czy to trudniejsze wyzwanie dla mnie czy dla czytelników. Nie jestem w stanie tego rozstrzygnąć – czujcie się ostrzeżeni. Na łyżeczkę nabieram białe kryształki i unoszę ją nad filiżanką. W pamięci mam ostatni raz, gdy tego próbowałam. Jak ja nienawidzę tego uczucia, ale niektóre historie takie już są: stawiają wymagania. Przechylam dłoń i białe kryształki spadają na powierzchnię płynu, powoli zatapiając się i rozpuszczając w gorącej kawie. Być może był to cukier.

***

1919, Casablanca, Maroko

Wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu pan H.H. także był kiedyś dzieckiem. Choć starszym o sześć lat, niż wszyscy myśleli później, zaglądając do jego aktu urodzenia gdzie szesnastki pomieszały się z dziesiątkami. I tak 10 kwietnia 1910 roku w magiczny sposób stał się 16 kwietnia roku 1916, a mały Helenito skurczył się jeszcze bardziej, zmalał i odmłodniał o sześć lat. To było jednak znacznie później, gdy odezwała się w nim potrzeba pragmatyzmu. Tę ma we krwi – w końcu jego matka, María Galiván Martínez, też zakłamała swój wiek, by nająć się jako pokojówka angielskiej rodziny na Gibraltarze. Pragmatyzm i bardzo osobiste podejście do prawdy, które zostanie w nim do końca. Po latach będzie się uważać, że w chwili, gdy opuścił Buenos Aires miał tylko trzy lata. Miał dziewięć, jednak to wciąż zbyt mało by uwierzyć w historię, którą pan H.H. opowiada, mówiąc, że grał w tamtych czasach dla River Plate.
– Dlaczego pan tak mówi?
– By dodać prestiżu argentyńskiemu futbolowi.
– A jeśli to nieprawda?
Wzruszenie ramion, uśmiech, szybki błysk pożółkłych zębów – to jedyna odpowiedź jakiej udzieli nam pan H.H.

Cofam wskazówki zegarka jeszcze dalej i znów mamy rok 1916 w Argentynie.

Buenos Aires miało być ziemią obiecaną dla Francisco Herrery, – andaluzyjskiego anarchisty, którego w nowej ojczyźnie, za względu na pochodzenie, wszyscy będą nazywać Paco el Sevillano – oraz jego rodziny. Rzeczywistość okazuje się inna, w Argentynie czeka ich bieda i mieszkanie w barakach dla imigrantów. Z czwórki synów Paco i Maríi pierwsze lata w nowym świecie przeżyje tylko Helenito. Paco z trudem utrzymuje boleśnie pomniejszoną rodzinę, jest stolarzem.
– Tak samo jak ojciec Jezusa – będzie zaznaczać po latach pan H.H.
María Galiván stara się dorobić do jego skromnych dochodów sprzątając po domach. Mimo to ziemia obiecana przynosi jedynie zawód i rozczarowanie a powrót przez Atlantyk nieuchronnie się zbliża.

María Galiván to wielka kobieta. Waży 103 kilo i siła wyporu unosi ją lekko na wodach Oceanu Atlantyckiego, tuż u wybrzeży Maroka. María ma tyle zimnej krwi, że nie potrafiąc pływać nie szarpie się w wodzie i tylko dzięki temu od razu nie idzie na dno. Mały pan H.H. oczyma wyobraźni już widzi ciemne sylwetki rekinów, zbierające się u stóp jego matki. Port w Casablance jest w trakcie budowy i z pokładu transatlantyku, którym Paco, María, Helenito i maleńka Aurora przybyli do Maroka, na ląd można się dostać jedynie szalupą. Pech chciał, że ciężar Maríi Galiván przeważył burtę łodzi i żona Paco skończyła unosząc się leniwie na tafli Atlantyku. Pracownicy portu oferują Herrerze wyciągnięcie Maríi Galiván z wody, jednak za tę pomoc żądają zapłaty z góry i to sowitej zapłaty. Ogromną część pieniędzy, za które mieli rozpocząć nowe życie w Maroku Paco wyda na wykupienie ratunku dla tonącej żony. Obraz Maríi Galiván wznoszącej się i opadającej na falach Atlantyku i banknotów przechodzących z rąk do rąk w zamian za jej życie na zawsze pozostanie w pamięci pana H.H. Będzie przypominać mu o tym, jaka jest cena pieniądza.

Kolejne lekcje przyjdą szybko, w tym ta, która nauczy go, że życie nie zawsze da się kupić. Czasem trzeba je sobie wywalczyć samemu. Jak wtedy, gdy tuż po przybyciu do nowego kraju nagła choroba przykuje małego Helenito do łóżka, a ogromna opuchlizna szyi – grożąca niemal uduszeniem – sprawi, że lekarz będzie mógł jedynie patrzeć na chłopca z zatroskaniem. Tak ostry przypadek dyfterytu nie wróży dobrze a rodzice, słysząc opinię medyka, zaczynają powoli godzić się z myślą, że ich czwarty syn dołączy do pozostałych. Jednak pan H.H. od początku ma wolę silniejszą nawet niż toksyna, która krąży teraz w jego krwi. Mimo braku środków na leczenie pokona dyfteryt i już niedługo wstanie z łóżka i pobiegnie przez ulice Casablanki. Tuż przed nim najwierniejsza przyjaciółka dzieciństwa – czarna pończocha skradziona Maríi Galiván, zwinięta w kulę – pierwsza piłka w życiu pana H.H.

Od najmłodszych lat pomaga Paco w pracy w warsztacie. Ojciec jest dla niego wzorem, wszystko mają dzięki niemu – nawet ten dom na plaży, wzniesiony na palach, który zbudował dla nich własnymi rękami. Pan H.H. chciałby zostać tokarzem i nawet nie myśli o innej przyszłości, jednak ta dosięgnie go sama. W chwili, gdy w jego okno uderza piłka, nie jest jeszcze świadom, że to właśnie ona będzie przyszłością. Wychodzi z domu do przyjaciela, który stoi ze stopą opartą na futbolówce. Nie witają się, nawet na siebie nie patrzą. Helenito przyjmuje podanie i odsyła piłkę z powrotem. Taka gra w milczeniu i bez spojrzeń, na jasnej plaży w Casablance, trwa pomiędzy nimi niekiedy do później nocy. Zwykle jest ich więcej – chłopcy różnego pochodzenia, którzy trafili na marokańską ziemię pod francuskim protektoratem: Marokańczycy, Żydzi, Francuzi, Włosi, Hiszpanie… Wśród nich pan H.H., który z wrodzonym pragmatyzmem po meczu na plaży zabiera słupki bramkowe do domu, by nikt ich przypadkiem nie ukradł. Piłka sama wkrada się w jego życie żeby powoli i niepostrzeżenie przejąć nad nim kontrolę. Dołączy do drużyny Roques Noires, gdzie wypatrzą go skauci Racingu Casablanca. To dopiero początek: ma dziewiętnaście lat i właśnie wykorzystał szansę swego życia. Jego przyjaciel – ten, z którym grał bez słów i bez spojrzeń – oddał mu wszystkie swoje oszczędności, by opłacić podróż pana H.H. z Maroka do Francji. Na statku najmuje się jako kuchcik, jednak gdy tylko stawia stopę na Starym Kontynencie sięga po niego futbol. Niemal z marszu podpisuje kontrakt z Club Français.

***

1937, Montmartre, Paryż, Francja

Club Français, Club Athlétique des Sports Généraux, Club Stade Français, Charleville Olympics, Excelsior Roubaix-Tourcoing… Jego droga przez francuskie drużyny jest długa i kręta, jednak wszędzie powtarza tę samą prawdę, w którą głęboko wierzy:
– W futbolu nie ma magii. Jest tylko pasja i walka.
Jak na ironię to właśnie tam zaczną go nazywać El Sorcier, Mag. Nigdy nie będzie wybitnym piłkarzem: jedynym tytułem, po jaki sięgnie jako zawodnik będzie Puchar Francji, wywalczony w barwach drużyny Red Star. Jego przeciętna kariera szybko zacznie przygasać, gdy mając ledwie dwadzieścia pięć lat dozna poważnej kontuzji kolana. Od samego początku trudno jest utrzymać się z futbolu i pan H.H. chwyta się każdej możliwej okazji do zarobku. Gdy jego czarny but wbija się w szparę między framugą a drzwiami, nie pozwalając na ich zamknięcie, nieszczęsne gospodynie domowe nie mają wyboru i w końcu kupią od tego uroczego człowieka pastę do polerowania mosiądzu. To dziwne, przecież wcale nie była im potrzebna…

Pan H.H. na boisku nie jest tak naprawdę piłkarzem, a przynajmniej nie tylko nim. Gra zwykle na lewej obronie, w formacji WM, która w tamtych czasach jest świętością. Pewnego deszczowego popołudnia jego drużyna prowadzi 1:0, jednak do końca meczu pozostało jeszcze długich kilkadziesiąt minut, a przeciwnik zaczyna coraz silniej na nich napierać. Pan H.H. poprosi wtedy kolegę ze środka pola by cofnął się na jego pozycję, zaś on sam wychodzi do przodu i zajmuje miejsce przed stoperami. Pierwszy w historii defensywny pomocnik, zanim jeszcze na ten pomysł wpadł Karl Rappan. Czy to prawda? Czy tylko on sam próbuje dodać rumieńców swojej własnej legendzie genialnego taktyka? Gdy zapytacie o to pana H.H. tylko odsłoni zęby w uśmiechu odpowiedzi.

***

Lucienne. Była taka piękna, kiedy pierwszy raz ją zobaczył, tamtego wieczora w sali tanecznej w Casablance. Taka piękna i taka młoda, z błyszczącymi szarymi oczami, które znikały pod powiekami, kiedy jego dłonie przesuwały się po jej ciele, zdejmując z niej sukienkę. Lucienne Léonard, córka francuskiej rodziny z Casablanki. Nadal jest piękna i jej oczy wciąż błyszczą, kiedy znów przed nim stoi. Tym razem też opuszcza powieki zamykając oczy i też ma na sobie sukienkę, którą chciałoby się z niej zdjąć. Jednak to inna sukienka, obszerniejsza, a dłonie Lucienne splatają się na jej brzuchu, którego nie da się już ukryć pod fałdami materiału. Jest w ósmym miesiącu ciąży. María Galiván wykorzystała cały swój matczyny autorytet by zmusić pana H.H. do powrotu do Maroka i jak najszybszego ślubu z Lucienne Léonard. Zabierze ze sobą do Paryża dziewczynę o szarych oczach, która ledwie miesiąc później zostanie matką jego pierwszego syna – Francisa. Z tą kobietą pan H.H. doczeka się jeszcze trzech córek, które wszystkie przyjdą na świat we Francji: Hélène, Linda i Danièle.

***

Pragmatyzm po raz kolejny pozwoli mu uratować życie. Gdy wybucha druga wojna światowa pan H.H. jest mężczyzną w wieku poborowym i wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi powinien zostać odesłany na front. Uda mu się tego uniknąć dzięki doświadczeniu, jakie nabył pracując w warsztacie ojca, przedstawiając się jako specjalista w dziedzinie produkcji włókna szklanego, które prócz funkcji materiału izolacyjnego wykorzystuje się także w produkcji broni. Gdy tylko wojna dociera do granic Francji pan H.H. najmuje się w fabryce Saint-Gobain.

Czas wojny sprawia, że pan H.H. dorasta do zrozumienia, co tak naprawdę jest celem w jego życiu. To futbol, jednak już nie chce w niego grać. Chce go uczyć. Uzyskuje dyplom z zakresu fizjoterapii a potem, wciąż jeszcze grając w piłkę, przemierza francuskie kluby łącząc rolę zawodnika, masażysty i trenera. Ta droga zawiedzie go w końcu aż na wybrzeże, do Bretanii, do nieodżałowanego Lorient.

Lorient. Portowe miasto na północnym-zachodzie Francji, siedziba drużyny piłkarskiej, z którą ledwo co podpisał kontrakt pan H.H. i jedna z największych baz niemieckich okrętów podwodnych na Atlantyku. Tamtego stycznia w Lorient nikt nie zapomni, chociaż na przestrzeni najbliższych dni nie pozostanie wielu, którzy mogliby opowiedzieć o tych wydarzeniach. Gdy pierwszy ładunek wybuchowy, zrzucony z alianckiego samolotu, uderzył o ziemię Lorient mieszkańcy miasta nie mieli jeszcze pojęcia, że przez najbliższy miesiąc spadnie na ich domy 60 tysięcy bomb lotniczych, których zadaniem będzie zniszczenie niemieckiej bazy. Przez ten czas, mimo faktu, że miasto niemal w całości zostanie zrównane z ziemią, nie uda się dokonać tego zadania i baza okrętów podwodnych pozostanie nienaruszona. Jedna z tysięcy bomb spadnie prosto na stadion klubu, który zatrudnił pana H.H. W jednym uderzeniu obiekt zostanie zmieciony z ziemi – pozostaną tylko gruzy, ciała martwych zawodników, nieliczni ocalali. Jest 14 stycznia 1943 roku, za pięć minut wybije północ a wraz z nią odezwą się syreny, gdy pierwsza bomba spadnie na Lorient. W tej chwili pan H.H. wraz z rodziną jest w drodze, jadąc na południe. Opuścił miasto dokładnie dzień przed bombardowaniem i nikt nigdy nie dowiedział się dlaczego.

***

1952, Madryt, Hiszpania

Patrzy jak ciemnowłosa kobieta zatopiona w białej pościeli kołysze w ramionach jego dziecko. Helenio Ángel, drugi syn, którego Lucienne nie była w stanie mu dać. Pan H.H. naprawdę kocha Maríę Morillę Pérez, matkę jego dziecka. Do tego stopnia, że tym razem nie potrzebuje nacisków Maríi Galiván, by chcieć się z nią ożenić. Jaka szkoda, że María jest już mężatką… Mimo to, w tamtym momencie, gdy patrzy na nią trzymającą małego Helenio, pan H.H. postanawia, że będzie z tą kobietą, a kiedy on coś postanowi nie może być inaczej. María spędzi u jego boku najbliższych dwadzieścia lat i da mu kolejne dziecko, córkę imieniem Rocío.

Hiszpania da mu znacznie więcej, niż tylko nową rodzinę. Opuszczenie reprezentacji Francji, w której pracował na stanowisku trenera, i przeprowadzka na Półwysep Iberyjski stanie się dla niego – choć nie od razu – odskocznią do wielkości. Przejdzie przez Real Valladolid, Atléti, Málagę, Depor, Sevillę… nim wreszcie trafi tam, gdzie zostanie najbardziej znienawidzonym i podziwianym trenerem swych czasów: do Barcelony.

***

1958, Barcelona, Katalonia

Zadanie jest jedno, proste i jasne – zepchnąć Real Madryt z piedestału. Pan H.H. nie waha się ani przez moment by podjąć tę rękawicę. W końcu takie zadania są właśnie dla niego. Choć wszyscy będą pamiętać jego Inter i cantenaccio, „zasuwkę” na którą zamknął bramkę swojej drużyny, Barcelona pana H.H. jest zupełnie inna. Z Kubalą, Eulogio Martínezem, Sandorem Koscisem czy Zoltánem Cziborem Barça w żaden sposób nie jest stworzona do defensywnej gry. Choć spośród tych zawodników on ceni najbardziej tego, którego sam przyprowadził ze sobą z Deportivo, Luisa Suáreza. Mimo rysu jego drużyny pan H.H. woli swój własny styl.
– Ta ekipa gra lepiej w dziesiątkę, niż w jedenastu – skomentuje kiedyś.
O tak, pan H.H. woli, gdy jego szalona Barcelona jest zmuszona grać defensywnie, woli gdy może zamknąć ją na zasuwkę. Drużyna, która przez lata hegemonii Realu Madryt przywykła do tego, że mimo imponującej gry jest w cieniu klubu ze stolicy, nie jest jeszcze gotowa na to, co przyniesie ze sobą pojawienie się pana H.H. w szatni. Iskierka zrozumienia wkroczy w szeregi piłkarzy Barçy w chwili, gdy na samym początku sezonu pokonają Królewskich 4:0, po hat-tricku Evaristo. 4:0 z Realem Madryt Di Stéfano, Puskása i Gento. Gdy nadejdzie dzień meczu z Racingiem Santander, który ma przesądzić o tym czy mistrzostwo tego sezonu powędruje w ręce Barcelony, pan H.H. nie będzie mieć wątpliwości.
– Wygramy z nimi nie wysiadając z autobusu.
I wygrają. W tym samym czasie walizki zawierające „premie” powędrują w ręce przeciwników Realu Madryt. Pan H.H. w swym pierwszym sezonie właśnie wywalczył mistrzostwo dla Barcelony.

***

Kto byłby w stanie zrozumieć pana H.H.? To asceta – gdy kwateruje się na zgrupowaniu jedyną rzeczą jaką przynosi ze sobą do pokoju jest krzyż, który wiesza na ścianie. Poświęcenie z jakim oddaje się pracy też jest wręcz ascetyczne. Jak wtedy, gdy wiele lat później, kiedy będzie trenować we Włoszech, jego mercedes rozbije się w wypadku drogowym pod Florencją a on sam cudem wyjdzie z tego żywy, łamiąc żebra i piąty kręg. W gipsie ciężkim jak zbroja – sięga od jego kostek aż po górę klatki piersiowej – siedzi na ławce trenerskiej walcząc z bólem. Ktoś na murawie popełnia błąd, pan H.H. wstaje, chce zrobić krok do przodu – nie ma niczego ważniejszego niż mecz, nie ma niczego ważniejszego niż jego praca. Ostre krawędzie gipsu wbijają się w jego ciało, otwierając zaszyte wcześniej rany. Dopiero po dłuższym czasie ktoś zauważy, że opatrunek, który nosi pan H.H. zmienił kolor na czerwony, niemal całkowicie przesiąkając krwią. Prócz bólu przypłaci to sankcją pieniężną, którą wyznaczy mu arbiter. To jednak nie ma znaczenia, w końcu futbol to nie magia. To pasja i walka. O tym też myśli wiele lat wcześniej, gdy jako trener Barcelony leży w szpitalnym łóżku ze złamaną nogą. Ślini końce palców i odwraca kartki pism św. Ignacego Loyoli. Pobyt w szpitalu i czas, którego nie może wykorzystać na pracę coraz głębiej zatapiają go w mistycyzmie. Gdy tylko kość się zrośnie i opuści łóżko będzie pierwszym trenerem w historii futbolu, który zabierze swoją drużynę na zgrupowanie do klasztoru, by tam spędziła czas na medytacji.

***

„Walczyć czy grać? Walczyć i grać”. „Ten kto gra dla siebie, gra dla przeciwnika. Ten, kto gra dla drużyny, gra dla siebie”. „Jestem spokojny, silny, nieustraszony, piękny”. „Kto wygra? My!”.
Gdy piłkarze Barcelony wkraczają do szatni otaczają ich dziesiątki napisów wymalowanych na ścianach. Motywacja w wykonaniu pana H.H. staje się rytuałem, posuniętym tak daleko, że sięga aż do granic absurdu. Dłoń pana H.H. drży nieznacznie i niezgrabnym gestem rozlewa wino na stół. Luis Suárez sięga do czerwonej plamy i moczy w niej palec, którym najpierw dotyka swojego czoła, a potem stopy. Pan H.H wie, że Luis jest przekonany, że rozlanie wina podczas kolacji zwiastuje, że w najbliższym meczu zdobędzie on bramkę. Dlatego – choć nie ma w tym krzty sensu ani prawdy – przed najważniejszymi meczami panu H.H. zdarza się zupełni e przypadkiem rozlać wino, by jego ulubiony zawodnik mógł wykonać swój szczęśliwy rytuał. Jednak nie wszyscy dają się ponieść jego wizji motywacji. Przed meczem każe zawodnikom złapać się za ręce i odpowiedzieć na jego pytanie:
– Kto wygra?
– My!
Zoltán Czibor nie dopełnia rytuału i milczy. Wzrok pana H.H. skupia się uważnie na węgierskim zawodniku.
– Dlaczego nie odpowiadasz?
– Trenerze, a co jeśli w drugiej szatni nasi przeciwnicy krzyczą to samo?
Czibor natychmiast zostaje wyrzucony z drużyny. W klubie pana H.H. nie ma miejsca na niesubordynację i takie przemyślenia. Zresztą z tymi Węgrami zawsze musi być problem. Tak samo jak z Kubalą – starym, powolnym, żyjącym rozwiązłym, niezdrowym stylem życia.
– Jesteś rakiem, który toczy tę drużynę – powie pan H.H. patrząc prosto w niebieskie oczy Laszló.
Niebawem uda mu się do tego przekonać niemal cały zarząd. Pan H.H. ma niezwykły dar przekonywania.

– I co z nią zrobimy?
Pytanie, które pada na zebraniu klubowego zarządu zawisa w ciszy. Jeden z zawodników jest w związku z piosenkarką, która sprowadza go na złą drogę, odciąga od futbolu i od treningów. Niektórzy mówią, że gdy piłkarz wyjeżdża na zgrupowania dziewczyna go zdradza. To daje furtkę do tego by rozbić ich związek, wystarczy tylko udowodnić jej niewierność. Jednak nawet prywatny detektyw nie jest w stanie zdobyć dowodów jej zdrady. Za to dla pana H.H. nie ma problemów nie do pokonania.
– To proste – przerywa nagle ciszę, która zapadła na zebraniu. – Wynajmiemy kogoś żeby się z nią przespał.
Ręka jednego z młodych dyrektorów podnosi się nieśmiało do góry.
– Trenerze… Ja mogę.

Pan H.H. chciałby przejąć kontrolę nad każdym aspektem życia swoich zawodników. To on dyktuje im co mają jeść, ile mają spać, z kim mogą się spotykać a z kim nie. Papierosy, alkohol, gazetki z panienkami? Lepiej szybko schowajcie je pod łóżko, w korytarzu już słychać rytmiczne kroki. Pan H.H. się zbliża. A on na punkcie zdrowego trybu życia jest opętany tak samo, jak na punkcie zwycięstwa. Przez pięćdziesiąt lat, codziennie, dzień w dzień, ćwiczy nago jogę. Swoim dzieciom nie tylko nie pozwala pić wina, ale też zabrania im nawet picia wody do posiłku. Zdaniem pana H.H. rozcieńcza ona soki trawienne i źle wpływa na metabolizm. Zdarza się, gdy dzieci są nieznośne i nie chcą słuchać ojca, że podczas obiadu karafka z wodą zamiast na stole ląduje na podłodze, strzeżona przez jego czujną nogę, gotową nadepnąć każdą małą dłoń, która wyciągnie się w jej kierunku. Jest tylko jeden lek, w jaki wierzy pan H.H.
– To nieszkodliwe, znosi pomniejsze bóle i stymuluje mózg.
Aspiryna z kawą. Sprowadza ją z Anglii bądź Ameryki w buteleczkach po 30 mg – 50 byłoby zbyt mocną dawką. Drobne ręce jego dzieci rozkładają na stole tabletki a potem rozbijają je, gniotąc na drobny proszek. Białe kryształki zupełnie nieodróżnialne od cukru. Potem mieszają je ze zwykłą sacharozą i tą słodko-gorzką mieszanką zaprawiają kawę i wafelki. Trochę „cukru” dosypanego do kawy, trochę białego proszku pomiędzy jedną warstwą wafla a drugą. Przedmeczowy posiłek, który przyjmują wszyscy zawodnicy. Wafelki zwykły przyklejać się do podniebienia i czasem niezwykle trudno jest odkleić je językiem. Wafelki cienkie jak bożonarodzeniowy opłatek. Komunia pana H.H.

Pan H.H zwykł wymagać od swoich zawodników. Po pierwszym treningu wszyscy wymiotowali. Nie przychodź do niego skarżąc się na gorączkę, bo usłyszysz, że z gorączką gra się lepiej. Najlepsze co może cię spotkać to filiżanka ciemnej kawy i wafelek. Zawodnicy zaczynają się uskarżać klubowemu lekarzowi, że po kawie pana H.H., którą piją przed meczami, nie mogą w nocy spać. Niektórzy odmawiają jej przyjęcia, inni wolą po cichu wylać kawę i wyrzucić wafelki, gdy trener nie patrzy.
– Sam to wypij – Laszló Kubala stawia przed panem H.H. filiżankę jego kawy. – Wypij.
Jeden z zawodników wykradł próbkę i przekazał ją znajomemu lekarzowi do analizy. Test wykazał obecność w kawie pochodnych amfetaminy. Wzrok pana H.H. koncentruje się na filiżance, w której jeszcze przed chwilą rozpuszczały się białe kryształki, które mogły być cukrem. Odwraca się i wychodzi z szatni.

Nikt nigdy nie potwierdzi, że w kawie i waflach, które pan H.H. serwował swoim zawodnikom w Barcelonie znajdowała się amfetamina. Minie wiele, wiele lat nim Ferruccio Mazzola, brat grającego w Wielkim Interze, Sandro Mazzoli, opowie o tym, że pan H.H. podawał zawodnikom narkotyki w kawie. Przedwczesne śmierci zawodników z tamtych lat – jak Armando Picchi, Carlo Tagnin, Mauro Bicicli czy Ferdinando Miniussi, spinają w całość opowieść Mazzoli. W chwili gdy Ferruccio ujawni swoją historię nie ma pojęcia, że sam też niedługo umrze na chorobę nowotworową.

***

Przygoda pana H.H. w Barcelonie zaczęła się i zakończyła meczem z Realem Madryt. Tym razem to Królewscy zwyciężyli 3:1, wywołując burzę w stolicy Katalonii.

Pan H.H. idzie spokojnie przez Ramblę w towarzystwie francuskiego dziennikarza. Spotykają kibiców Barcelony a żurnalista prosi trenera, by zatrzymał się na chwilę i porozmawiał z nimi – to będzie okazja do zrobienia udanej fotografii. Pan H.H. zaczyna tłumaczyć przyczyny wczorajszej porażki, rozwodzi się na temat taktyki i strategii… Jednak ludzi zbiera się wokół niego coraz więcej, pytania są coraz głośniejsze, ktoś chwyta go z ramię i ciągnie. Pan H.H. zrywa się do biegu i wpada w pierwsze drzwi: to hotel, w którym zakwaterowała się drużyna Realu Madryt. Żegna go jeden okrzyk:
– Masz rację, idź tam i weź kasę, którą są ci winni.

Sezon nie dobiegł jeszcze końca a podpis pana H.H już schnie na kontrakcie z Interem. Jego pożegnanie z Barceloną będzie równie gorzkie jak kawa, a słowa, które wypowie na koniec zabrzmią jak klątwa:

– Beze mnie długo nie przetrwacie.

***

1976, Barcelona, Katalonia

Rozstał się z Maríą i teraz w trzecim kraju swojego życia, we Włoszech, ma kolejną piękną żonę. Dziennikarkę Fiorę Gandolfi poznał, gdy w październiku zjawiła się by zrobić z nim wywiad. Szybko wzięli ślub i doczekali się syna, Heliosa. Mimo tego, że Włochy przyniosły mu wielkość i szczęście, o których zawsze marzył, nie był w stanie nie wrócić do Barcelony.

Jest zimny, deszczowy wieczór na Plaça del Pino. Dziewczynka, która siedzi na ławce, cała przemoknięta, może mieć najwyżej dwa lata. Człowiek w długim ciemnym płaszczu pochyla się nad nią i przez chwilę z nią rozmawia. Potem bierze ją na ręce i idzie z nią wąskimi uliczkami Barri Gotic. Dziewczynka jest chora, gdy zabierze ją ze sobą do Włoch okaże się, że potrzebuje operacji. Jeszcze bardziej potrzebuje rodziny. Pan H.H. da jej i jedno, i drugie. Od tej chwili będzie mieć na imię Luna.


Artykuł, autorstwa redaktor FCBarca.com dla ¡Olé!, magazynu miłośników hiszpańskiego futbolu - KLIK!

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
konto usunięte

Czyli Lucienne umarła podczas wojny i po jej śmierci pan H.H pokochał Marię? Chyba pogubiłam się w tym wątku ^^'

Skubany wiedział co dobre dla zawodników. Na pewno nieźle śmigali po tym boisku po dawce amfy z kawą. Popatrzcie jakie to barwne życie mają/mieli ludzie związani z Barcą. Nietuzinkowe sytuacje:)

Jak zwykle genialny artykuł, Magdo :)

Od siebie dodam, ze H.H zostal zawieszony na 5 lat za podpisanie umowy z FC Barcelona, gdy byl jeszcze trenerem Sewilli.

"ale też zabrania im nawet picia wody do posiłku. Zdaniem pana H.H. rozcieńcza ona soki trawienne i źle wpływa na metabolizm"
Najprawdopodobniej słuszna teoria ;)

Nie mógłbym znaleźć nic lepszego po całodniowej harówie nad chrzanionym sprawozdaniem od kolejnej części "Barcelona w sepii". Nawet po raz enty odtwarzane Highway to Hell nie przyniosłoby mi tyle ulgi i porwało mnie w ten sposób co ten kapitalny tekst! Co tu napisać? Chapeu bas, Eoren! Nic więcej nie trzeba dodawać, bo byłaby to profanacja.

PS
Znam ten ból, słona kawa okropnie smakuje, bleh!

Rewelacja... no cóż. Jak zwykle z resztą :).

Trudno byłoby napisać recenzję na poziomie tekstu, więc nie spróbuję nawet, ale jest tu jedna rzecz dla mnie niezwykła. Kiedy czytam inne teksty, w których autorzy łamią chronologię, skaczą po wątkach, to by przeczytać tekst trzeba się skupić, trochę "przysiąść" nad nim. Tutaj, Eroen sprawia, że to taki zabieg nie łamie spójności tekstu, że wciąż czyta się go lekko i jednym tchem. Ale to w sumie i tak drobiazg. Ot, chyba po prostu trzeba się z czymś takim urodzić.
Wielkie wyrazy szacunku i uznania.

Arcydzieło, przeczytałem jednym tchem :) oby więcej tak znakomitych artykułów!

Pierwszy wybitny trener Barcy, szkoda że odszedł do Interu, wtedy Barca nie musiałaby czekać do 1992 na zwycięstwo w LM

Eoren, tak dlugo czekaliśmy! ;) Tekstu nie zdążyłem przeczytać, ale chyba już wiem co będę robił wieczorem...