Od Granady, przez Granadę, do Granady. Koniec podróży Koemana

Michał Gajdek

21 września 2021, 13:00

133 komentarze

Fot. Getty Images

„To nie jest niechęć. Ja cię po prostu nie lubię”. Myślę, że uczciwiej będzie, gdy już na wstępie tego tekstu zaznaczę, że nigdy nie byłem wielkim fanem Ronalda Koemana. W odróżnieniu jednak od dziekana Zajączka zwracającego się cytowanymi wcześniej słowami do Kuby Brennera, oczywiście w „Chłopaki nie płaczą”, postaram się w najbliższych kilkunastu akapitach możliwie racjonalnie wyjaśnić, skąd głównie bierze się mój sceptycyzm w stosunku do holenderskiego szkoleniowca.

Rozmawiając o zarysie tego tekstu usłyszałem, że powinien być „dobry i lekki”. To pierwsze pozostawiam oczywiście do oceny Czytelnikom, natomiast z góry zapowiadam i przepraszam, że z tym drugim może być problem. Mam bowiem wrażenie, że aby należycie ocenić przygodę Koemana z Barceloną, która nieubłaganie zbliża się do końca, trzeba by przeanalizować całkiem sporo aspektów. Dla uproszczenia jednak od razu wskażę, którego z potoku zarzutów kierowanych ostatnio w jego kierunku zupełnie nie podzielam.

Otóż nie mam do Holendra pretensji, że przegrał z Bayernem 0:3. Bardzo kuszące jest uznanie, że historia Koemana w Barcelonie powinna dobiec końca, bo prowadzona przez niego drużyna skompromitowała się z Bawarczykami. Nawet gdy zejdziemy poziom niżej i będziemy się czepiać nie wyniku, a samej gry, co ma zdecydowanie większy sens, to w dalszym ciągu pokusa jest wielka. Zastanawiając się, czy samemu jej nie ulec, wynalazłem sobie takie dwa cytaty:

„Barça jest najlepszym klubem na świecie, trzeba to pokazać. Spełnia się moje marzenie. A teraz do pracy, by drużyna wróciła na szczyt. Zrobimy to razem z piłkarzami, którzy wciąż mają wielkie umiejętności” – Ronald Koeman trzy dni po meczu z Bayernem, 19 sierpnia 2020 rok

„Gdybyśmy zagrali z Bayernem bardziej otwarcie, porażka byłaby wyższa” – Ronald Koeman trzy dni po meczu z Bayernem, 19 września 2021 roku

Prawda, że ładnie wyglądałaby taka klamra? Można by się rozpisywać o tym, jak zmieniło się jego podejście przez trzynaście miesięcy spędzonych na stanowisku trenera Barcelony. Napisać kwiecisty elaborat, kiedy dokładnie z najlepszej drużyny świata przeszliśmy do szukającego wymówek kopciuszka, który powinien się cieszyć z przegranej tylko 0:3. Celnie spuentować, jak bardzo Koeman nie pasuje mentalnie do wielkiego klubu… to wszystko oczywiście prawda, ale to byłoby zbyt łatwe. Ten tekst rzeczywiście będzie więc nawiązywać do dwóch największych moim zdaniem porażek Koemana, ale omówionych na podstawie meczów, w których na boisku… zwyciężył.

Co z tą młodzieżą?

Pierwsze spotkanie, które wybrałem do pokazania, co konkretnie mi się w Koemanie nie podoba, odbyło się 9 stycznia 2021 roku, a naszym przeciwnikiem była Granada. Na pewno wszyscy pamiętacie rundę jesienną w wykonaniu ekipy prowadzonej przez Holendra. Dramatyczna nieskuteczność w ataku i tragikomiczne błędy w obronie skutkowały coraz to nowymi wpadkami. Do tego doszło parę zaległych meczów i w efekcie matematycznie Barcelonie bliżej było do strefy spadkowej niż do europejskich pucharów. Ja swoją normę obrony Ronalda wyrobiłem właśnie wtedy – mówiłem, że wyniki prędzej czy później się unormują i nie ma co dramatyzować. Jak się okazało, miałem rację, ale tylko co do tej pierwszej części.

Styczniowego wieczora na Estadio Nuevo Los Cármenes już do przerwy widniał wynik 0:3. Otworzył go Antoine Griezmann, a dublet dołożył Leo Messi. Był to bardzo nietypowy mecz dla Barcelony wczesnego Koemana – do strzelenia trzech goli wystarczyły zaledwie trzy celne strzały, stuprocentowa skuteczność. Po przerwie swoją drugą bramkę dorzucił w 63. minucie Griezmann i przy stanie 0:4 przyszedł czas na podwójną zmianę. Na boisku pojawili się… Martín Braithwaite i Miralem Pjanić.

Ile ja się wtedy nasłuchałem, że jestem czepialski, wiecznie tylko narzekam, gdy w końcu maszyna Koemana zaczęła się rozkręcać. Ale to właśnie wtedy uświadomiłem sobie po raz pierwszy w pełni, że z sezonu przejściowego nici. To, że nie rozliczałem Koemana z tragicznych do tamtej pory wyników, wynikało bowiem nie z niskich, a z zupełnie odmiennych oczekiwań – liczyłem, że praktycznie za wszelką cenę będzie rozwijać młodych i szukać rozwiązań, które pozwolą nam szybko wrócić na szczyt. Tymczasem, nawet prowadząc 4:0 z Granadą, zdecydował się w pierwszej kolejności wpuścić na boisko dwóch zawodników, w których chyba sam nie wierzył, ale którzy dawali ułudę doświadczenia i związanego z tym spokoju. Owszem, później na placu zameldował się także Trincão, a nawet Riqui Puig, ale obraz Braithwaite’a i Pjanicia przy linii bocznej nawiedzał mnie w koszmarach.

Rozwój czy wymówka?

Ten motyw z meczu z Granadą powtarza się u Holendra aż do dzisiaj. Tak, wiem, że zaufał Pedriemu czy Ilaixowi Moribie. Ale jeżeli mówimy o „rozwoju” młodych piłkarzy przez Koemana, to zapytam nieco prowokacyjnie – czy aby na pewno zaobserwowaliśmy rozwój? Jak wiemy, polega on na tym, że zawodnik stale się poprawia śledzony przez czujne oko trenera. Czy naprawdę właśnie taki proces zaszedł u wspomnianych nastolatków? Czy poprawiali się oni w miarę upływu sezonu i kolejnych meczów i treningów z Holendrem? Czy może jednak, podobnie jak w przypadku Ansu Fatiego i Ernesto Valverde, trafił siętalent o takiej skali, że wystarczyło mu specjalnie nie przeszkadzać?

Jakakolwiek nie byłaby odpowiedź na to pytanie (moja chyba jest dość łatwa do domyślenia się – ale uszeregujcie sobie sami formę Pedriego powiedzmy z września, grudnia i marca zeszłego sezonu oraz września sezonu obecnego), to nie ulega wątpliwości, że na wspomnianą dwójkę przypada cała masa młodzieży, która ewidentnie nie została przez Holendra odpowiednio poprowadzona. Przykłady Riquiego Puiga i Alexa Collado komentują się same przez się. Trincão grał, gdy był beznadziejny, a gdy już przestał kompromitować się na boisku, to grać przestał. Konrad de la Fuente został powołany przez Koemana na mecz ligowy 18 razy, żeby nie zagrać ani minuty – a przecież mógłby je wobec tego dostać w Barcelonie B.

Mógłbym tak jeszcze długo, ale do brzegu – Ronald Koeman we wprowadzaniu młodzieży jest po prostu do bólu cyniczny. Moim zdaniem cały jego dotychczasowy okres pracy w Barcelonie pokazał, że się na tym nie zna, a, wbrew temu co twierdził ostatnio, długofalowa przyszłość Klubu niezbyt go interesuje. Dopóki będzie mógł wprowadzić zawodnika doświadczonego kosztem młodego, to po prostu to uczyni. Tak, jak zrobił to w styczniu przeciwko Granadzie, wprowadzając w pierwszej kolejności tandem Braithwaite & Pjanić i tak jak przed tygodniem z Bayernem wolał mającego gorączkę Jordiego Albę od Alejandro Balde.

Mam wrażenie, że młodzież jest najbardziej przydatna Koemanowi, gdy potrzebuje wymówki, dlaczego przegraliśmy mecz. To obserwowaliśmy już w zeszłym sezonie na przykładzie Riquiego Puiga, pojawiającego się na boisku właściwie tylko wówczas, gdy desperacko goniliśmy wynik. Teraz zaś podobny mechanizm zaczynamy obserwować chociażby z Yusufem Demirem. Chłopak dwie pierwsze szanse dostał, gdy przegrywaliśmy z Athletikiem oraz z Bayernem i nie było się do kogo zwrócić, po tym jak, niespodzianka, zawiedli Martín Braithwaite i Luuk de Jong. Tak się nie buduje młodzieży i nie zmieni tego mecz od pierwszej minuty z Granadą, gdy wygrał rywalizację z Holendrem. Tak chowa się za plecami nastolatków, zasłaniając się ich niedojrzałością jako przyczyną swojej własnej porażki. Wstyd, panie Ronaldzie.

Mieć czy by… biegać?

Śródtytułowa parafraza tytułu słynnego eseju Éricha Fromma dotyczy oczywiście piłki – mieć ją czy biegać za nią? W przypadku Barcelony odpowiedź wydaje się oczywista, ale, jak się okazuje, dla niektórych jedynie do czasu.

19 sierpnia 2020 roku. Koeman obejmuje stery katalońskiego statku i mówi: „Jestem Holendrem, lubimy mieć piłkę, dominować, starać się grać dobrze i wygrać mecz. Futbol istnieje, aby się nim cieszyć, to pierwsza rzecz, którą powiem zawodnikom – bez radości na boisku  nie będziesz miał maksymalnych osiągnięć. Trzeba cieszyć się grą i pracować”.

13 grudnia 2020 roku. Barcelona wygrywa 1:0 z Levante. W 89' na boisko wchodzi Samuel Umtiti, zastępując Antoine’a Griezmanna. Pytany o tę dość, przyznacie, nietypową zmianę, Koeman na pomeczowej konferencji twierdzi: „przez większość część meczu prowadziliśmy grę, ale pod koniec Levante rzuciło się do ostatniego ataku. Przy wyniku 1:0 tak się dzieje, były stałe fragmenty, rzuty rożne. Wtedy trzeba się bronić. Paco López wystawił dodatkowego napastnika, to ja zareagowałem wprowadzeniem Umtitiego. Trzeba robić wszystko, żeby móc wygrać”. Już wtedy zapaliła mi się lampka ostrzegawcza, ale jaskrawoczerwonym blaskiem zaczęła ona świecić 31 stycznia 2021 roku, podczas meczu z Athletikiem, zakończonego wynikiem 2:1 dla Barcelony.

Wówczas to po wyjściu na prowadzenie w 74. minucie ekipa Koemana zareagowała na napór Basków w najprostszy możliwy, prymitywny wręcz sposób – maksymalnym cofnięciem się. Przez ostatni kwadrans Los Leónes właściwie nie opuszczali okolic pola karnego Blaugrany, mimo że było ono bronione przez dodatkowego zawodnika – za wspomnianego Griezmanna pojawił się na boisku Clement Lenglet. Kolejny więc raz można było odmieniać przez przypadki ulubiony czasownik hiszpańskich trenerów po trudnych spotkaniach (sufrir, czyli cierpieć). A że ostatecznie dowieźliśmy wygraną, to ja kolejny raz słuchałem – o co ci chodzi, przesadzasz, żyjesz przeszłością, a przecież zadziałało.

Poświęcić bitwę, żeby wygrać wojnę?

No właśnie, niby zadziałało, ale czy na pewno? Podeprę się w tym zakresie autorytetem, tj. pewnym trenerem, który osiągnął w Barcelonie spore sukcesy, z wygraną Ligą Mistrzów na czele. Jeżeli zdążyliście pomyśleć „o nie, przyszedł czas na cytowanie Cruyffa” to… pomyliliście się. Odwołam się bowiem do bardziej współczesnej postaci Luisa Enrique, a ściślej jego wypowiedzi z EURO 2020: „To normalne, że w pewnym momencie przychodzi ci pomysł, żeby broniąc się wykopać daleko piłkę. Ale to błąd - im dalej ją wykopiesz, tym szybciej wróci”.

Ja zaś właśnie oglądając rozpaczliwe, choć skuteczne, próby obrony w końcówce meczu z Baskami uświadomiłem sobie ostatecznie, że Koeman w ogóle tego nie pojmuje. Albo doskonale pojmuje, ale jest zbyt tchórzliwy, żeby coś z tym zrobić. Jeżeli jedyną receptą na to, żeby radzić sobie z naporem przeciwników, będzie zwiększenie liczby obrońców, to owszem, na krótką metę może to zadziałać. Jeden raz czy drugi, z Levante czy nawet z Athletikiem. Ale później przyjdzie mecz z Bayernem i skoro do skutecznej obrony z Levante potrzebujemy pięciu obrońców, to iloma mamy wyjść na Bawarczyków? Odpowiedź poznaliśmy niedawno.

Wątek ten łączy się zresztą bezpośrednio z wprowadzaniem do zespołu młodzieży. Mam taką teorię, że w języku polskim dosłownie w każdej sytuacji możemy się podeprzeć jakimś przysłowiem, bo często są one przeciwstawne. Tutaj doskonale mi pasuje: „czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał”. Jeżeli wchodzący do zespołu zawodnicy nie nauczą się trzymać piłki pod naporem przeciwnika w meczu z Levante, to jak od nich oczekiwać, żeby za parę lat poradzili sobie z Bayernem? I w drugą stronę – jak Koeman może wymagać rozpaczliwej obrony od chłopaków, którzy całe życie byli przyzwyczajani do prowadzenia gry i bronienia się z piłką przy nodze? Przecież to kompletne marnotrawstwo tego, co powinno być naszym największym atutem.

No dobrze, ale co dalej?

Sezon 2020/21 trwał. Maszyna Koemana zaczęła się rozkręcać, kroczyliśmy od zwycięstwa do zwycięstwa, emocjonowaliśmy się szalonym Copa del Rey, okraszonym imponującym triumfem w tych rozgrywkach. A potem przyszły mecze z… Granadą i Levante. I okazało się, że tym razem nie wystarczy poleganie na weteranach czy oddanie inicjatywy przeciwnikowi. O ironio, to właśnie z tymi, opisanymi powyżej rywalami, straciliśmy ostatecznie szansę na zwycięstwo w LaLidze. Zwycięstwo, którego nikt przed sezonem nie oczekiwał, ale które głównie słabością rywali okazało się w pewnym momencie być na wyciągnięcie ręki. Ręki mądrego trenera.

Długo by można jeszcze ten tekst kontynuować.

Mógłbym pisać oczywistości, że przecież winni są też zawodnicy, że sama wymiana trenera nic nie da – a mógłbym też sam sobie odbić piłeczkę i stwierdzić, że skoro Bartomeu trzy razy z rzędu mógł pomylić się co do jakości sprowadzanych piłkarzy (Dembélé, Coutinho, Griezmann), to dlaczego tak trudno nam zaakceptować, że to samo mogło stać się z trenerami?

Mógłbym zagłębić się w coraz to bardziej skomplikowane szczegóły kontraktu Koemana i to, jakie odszkodowanie będziemy musieli mu zapłacić – a mógłbym też poironizować, że przecież człowiek tak bardzo dbający o dobro Klubu na pewno bez mrugnięcia okiem zrezygnuje z części swojego uposażenia, a nie okaże się kolejnym Samuelem Umtitim.

Mógłbym wykazywać, jak bezsensowna jest obecnie relacja na linii Koeman – Laporta, gdy panowie wymieniają wiadomości głównie za pośrednictwem mediów, i oceniać, który z nich zachowuje się bardziej niedojrzale.

Mógłbym wreszcie – i być może powinienem – analizować, czy w Barcelonie sprawdziłby się obecnie Ten Hag, Gallardo czy Xavi. Rozważyć powrót Garcíi Pimienty czy szukać pozytywów u Jordiego Cruyffa. Puścić wodze fantazji i zacząć przymierzać do Barcelony Gasperiniego, Marcelino czy nawet Lopeteguiego.

Nie będę Was jednak dłużej zanudzał i zakończę w ten sposób. Ronald Koeman ma rację – nasz ukochany Klub przechodzi trudny czas. Potrzebujemy więc na ławce trenerskiej człowieka, który jest odważny i nie boi się podejmować trudnych decyzji. Ale takich prawdziwie trudnych, a nie pokazania kto tu rządzi Riquiemu Puigowi – odważnego wprowadzania młodzieży, z wyboru, a nie z obowiązku i budowania tego zespołu krok po kroku. Zaakceptowania, że jeżeli nawet w ciężkich sytuacjach będziemy wierni naszej filozofii i temu, co umiemy robić najlepiej, to od czasu do czasu może to oznaczać stratę punktów z Levante czy z Granadą, a z Bayernem – porażkę 0:6, a nie 0:3 (znów więc zgadzam się z Holendrem). Ale jednocześnie jest to jedyna droga, żebyśmy znowu stali się tym, czym byliśmy.

Tego, że Ronald Koeman nas tą drogą nie poprowadzi, jestem absolutnie pewny. On wybiera drogę pozornie łatwą, która sprowadza się do odłożenia problemów na później. Ale im szybciej się nimi zajmiemy, tym szybciej się z nimi uporamy.

P.S. Ten tekst powstał przed wczorajszym meczem z Granadą. Ewidentnie ekipa z Andaluzji jest symboliczna dla całej pracy Ronalda Koemana. Będę szczery – oglądam Barcelonę od ładnych paru lat, ale meczu tak zaprzeczającego wszystkiemu, w co wierzę, nie widziałem chyba nigdy.

Czego uczy nas Holender? Pozostaje oddać głos jemu samemu. Spośród całego szeregu skandalicznych cytatów z konferencji prasowej, gdy po raz kolejny lekceważył własnych zawodników czy oskarżał kibiców o nierealne oczekiwania, wybrałem jeden. który uderzył mnie nawet bardziej: „Wiadomo, że musimy zawsze grać stylem Barcelony, ale jeśli drużynie pomoże coś innego, to trzeba to zrobić. Moim zdaniem dzięki tym dośrodkowaniom zagraliśmy świetny mecz”.

Styl Barcelony według Ronalda Koemana należy zmienić, gdy bronimy wyniku z Levante. Należy go też zmienić, gdy gonimy wynik z Granadą. Konfrontacja z Bayernem? Zgadliście, trzeba zmienić styl Barcelony już przed meczem. To kiedy, cholera jasna, jest na niego właściwy moment?

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

Ronald widać,że psychicznie jest zmęczony sytuacją Barcelony.Najważniejsze jest to kto za niego przyjdzie? Jaki klasowy trener będzie chciał objąć Barceloną która poza Depaem,Ter Stegenem i Albą nie ma gwiazd a poprzeczka zawieszona przez kibiców jest bardzo wysoko.Możliwe,że będziemy mieć sytuację,że kolejny trener będzie mieć jeszcze słabsze wyniki z obecną kadrą.

@lordziom nie wiem, czy można mieć słabsze wyniki i grać gorzej. Myślałem że nie można być gorzej za setiena, ale wtedy kuman powiedzial "hold my beer"

@Lucassito uważasz że jest gorzej niż za Setiena?? Ok pozdro

@y13 a nie jest? coś się zmieniło? gramy lepiej, mamy lepsze wyniki, piłkarze mają atmosfere lepsza, ogladasz mecze z wywieszonym językiem jak pięknie chodzi piłeczka?

@Lucassito porównaj skład za Setiena a teraz. Zdobyliśmy tytuł? Zdobyliśmy. Jestem przekonany, że jak by został Valverde zamiast Setiena i liga była by wygrana.

@y13 no to już pretensje do rudego wuefisty - dla niego skład był genialny do walki o wszystkie trofea ..przed sezonem

@Lucassitopamietasz kogo chciał pozyskać i kogo pozbyć się, a kto przyszedł i kogo się pozbyli??

@y13 Nadal uważasz ze nie jest gorzej niż za setiena - kolejny mecz bez oddanego strzału: 0 punktów po 2 meczach w LM

@Lucassito oczywiście, porównaj skład. Zobacz że nasza gra się posypała jak zszedł Busquets i Pedro a weszli młodzi i przeszklona 4 3 3

@y13 no dobra - ale co z tego jaki tam był skła? A jaki miał Guardiola - takie porównania nie mają sensu. Kuman mógł inaczej zaplanować ten sezon. Zamiast de jonga myślę że mógł znaleźć dużo więcej innych opcji. Poza tym tu nie chodzi że skład mamy zły: zobacz Perdiego, Fatiego, Gaviego czy Araujo jak grają. Do tego mamy Depaya, De jonga i co by nie mowić coutinho. Chodzi o to żeby mieć na to koncepcję. Kuman jest takim trenerem że tej myśli nie ma - rzuca im piłkę i mói chłopaki grajcie. Kuman to typowy selekcjoner i dlatego sprawdził si w Holandii - co on im tam taktycznego mógł wdrożyć - mając grajków przez tydzień, czy dwa na zgrupowaniu. On się nie nadaje do piłki klubowej. Uważam że ten Hag wyciągnął by z obecnego składu zajebiscie przyjemną grę dla oka - może nie wygraną w LM, ale gralibyśmy z każdym jak równy z równym grając przyjemną piłkę. Z rudym nie ma nic, a tylko oglądanie gry zniechęca do futbolu - zobacz jak zagrali z levante - czyli jednak potrafią :)

@Lucassito wlasnie o to planowanie sezonu chodzi. Z kim go planował,(Messi) kogo miał w pierwszych kolejkach (Grizman, Emerson) a kogo ma teraz. Depaya chciał jako uzupełnienie do Messiego i Grizmana a okazało się,że to na nim ma się opierać gra. Na wszystko potrzeba czasu i cierpliwości.
« Powrót do wszystkich komentarzy