W barcelońskich okoliczno-ściah: Piłkarscy „niewolnicy” wycierają łzy dolarami

Marcin Poreda

5 września 2019, 12:01

42 komentarze

Ile zarobiliście wczoraj? Sto złotych? Dwieście? Może tysiąc? Bez wątpienia znajdą się i tacy, którzy dziennie potrafią zarobić i kilka tysięcy. Jedną z takich osób jest piłkarz Legii Warszawa – Artur Jędrzejczyk. Zgodnie z doniesieniami medialnymi dwa lata temu podpisał ze stołecznym klubem umowę, która gwarantuje mu 600 tys. euro rocznie. Pomnóżmy przez cztery, podzielmy przez liczbę dni w roku. Ponad 6500 złotych dziennie murowane – a to wszystko bez premii.

To teraz Neymar, który wg „ekspertów” z "Chiringuito" popłakał się, kiedy został poinformowany o zerwaniu negocjacji Barcelony z PSG. Jakkolwiek absurdalna i niewiarygodna wydaje się ta informacja, można w ciemno założyć, że Brazylijczyk nie jest zachwycony ze swojego pozostania w Paryżu. Nie przeszkodziło mu to jednak, podczas jednego z ostatnich dni pełnych zadumy i oczekiwania, na zainkasowanie około 400 tys. złotych. Jednego dnia. Czterysta tysięcy złotych jednego dnia. To wyraźny dowód na to, jak okrutny jest Al-Khelaifi – darzony tak dużą niechęcią przez wielu culés. Piłkarze podpisują więc coraz wyższe kontrakty, zapewniając sobie dobrobyt do końca życia, ale wciąż potrafią być smutni i nieszczęśliwi. Wspomniany Neymar i tak zachował się przyzwoicie, wywiązując się ze swoich obowiązków. Co jednak powiedzieć o buntownikach, którzy tej klasy i profesjonalizmu nie potrafili pokazać w najmniejszym stopniu?

Rys historyczny

Kontrakty piłkarskie – temat bardzo skomplikowany prawnie i w swoich szczegółach nie do przyswojenia dla przeciętnego kibica. O głęboko skrywanych szczegółach obowiązujących w danym czasie umów możemy dowiedzieć się co najwyżej długo po ich zakończeniu. To wtedy na jaw wychodzą różne ciekawostki, kruczki i anegdoty. Natomiast w trakcie trwania umowy zdarza się, że nawet sama wartość kontraktu nie jest wiedzą powszechną. Za tym wszystkim stoją ogromne apanaże, sute prowizje i coraz silniejsze przeciąganie liny pomiędzy klubami i piłkarzami. To, co dziś jest dla nas normalne, jeszcze kilka dekad temu było sytuacją nie do wyobrażenia. Na początek zerknijmy na wypowiedź Raymonda Kopy z 1963 roku – niemal 60 lat temu.

Piłkarze są niewolnikami. Profesjonalny piłkarz to człowiek, którego ktoś kupuje lub sprzedaje, a on nie może przy tym odezwać się słowem.

Brutalne i dobitne stwierdzenie, które choć nie jest stricte poprawne (wszak futboliści za kopanie szmacianki dostawali niezłe pieniądze), jednak lata temu niosło w sobie wiele prawdy. Piłkarz, wiążąc się z danym klubem kontraktem, był zobowiązany do występowania w jego barwach przez cały okres trwania umowy oraz nawet po jej zakończeniu. Tłumacząc na dzisiejsze czasy taki Adrien Rabiot nie mógłby wyściubić nosa z PSG, dopóki on sam lub jakiś inny klub nie zapłaciłby satysfakcjonującej Francuzów kwoty. To były czasy, delikatnie mówiąc, całkiem przyjazne dla właścicieli. Kontrakty piłkarzy były relatywnie niskie, kadrę można było planować na lata, a „szarpnąć się” trzeba było jedynie w przypadku jakichś wielkich transferów. W tej atmosferze kupowano Cruyffa, Maradonę, Platiniego i inne wielkie gwiazdy, które w porównaniu do obecnych zarabiały kilkanaście, kilkadziesiąt lub nawet kilkaset razy mniej.

Lata 90. Wtedy do akcji wkroczył on – Jean-Marc Bosman. Facet nie chciał podpisać nowej umowy z belgijskim Liege, a że był dość przeciętnym graczem, to francuska Dunkierka nie była w stanie spełnić oczekiwań macierzystego klubu Belga. W związku z tym Bosmana nie dość, że zdegradowano do rezerw, to jeszcze obniżono mu kontrakt. Najlepsze jest to, że w tamtych czasach kluby dość powszechnie praktykowały podobne zagrywki, bo miały wszystkie karty po swojej stronie wraz z tą najważniejszą – kartą zawodnika. Najlepszych to nie dotyczyło, bo za nich zawsze ktoś był w stanie dać duże pieniądze. Do tego mieli najlepszych agentów i potrafili postawić na swoim. Niestety ci słabsi musieli wyżywić rodziny, myśleć o przyszłości i zazwyczaj postawieni pod ścianą byli skłonni dogadać z klubem. Bosman się jednak zbuntował i to definitywnie. Poszedł z klubem na noże aż do krwi. I wygrał. Co prawda minęło 5 lat, zmarnował sobie karierę, później niemal zbankrutował i finalnie stoczył się, ale to dzięki jego walce środek ciężkości w przeciąganiu liny drastycznie przesunął się w kierunku piłkarzy. Ci przestali już być „niewolnikami”. Wreszcie po zakończeniu kontraktu klub musiał przekazać im kartę zawodnika. Rozpoczęło się więc liczenie, szacowanie i dbałość o długość zawieranych umów. Rozpoczęła się nowa era futbolu – był 1995 rok.

Zaburzenie równowagi środka ciężkości

Gdyby ograniczyć się tylko do powyższej zmiany, to futbol wciąż byłby bardziej wyrównany niż obecnie. W każdym europejskim klubie mogłoby grać maksymalnie trzech obcokrajowców – takie były zasady do 1995 roku. Talenty z Francji zostawałyby we Francji, te z Niemiec, w Niemczech. Anglicy nie wyściubialiby nosa ze swojej wyspy. W samej Barcelonie z obecnego składu mógłby występować ter Stegen, de Jong i Arthur. A może ktoś inny? W Realu podobnie. Najbardziej „po tyłku” dostałaby Premiership, która jest oparta na obcokrajowcach. Stało się jednak inaczej. UEFA wraz z UE doszły do wniosku, że nie dość, że piłkarze po zakończeniu obowiązywania kontraktu mogą odejść z klubu za darmo, to jeszcze zgodnie z prawem unijnym występuje swobodny przepływ osób. Zniesiono więc ograniczenia. Naszpikowany talentami Ajax w ciągu kilku sezonów stoczył się ze zdobywcy Ligi Mistrzów do średniaka europejskiego. Silni stawali się jeszcze silniejsi, mogąc zaproponować wyższe kontrakty zawodnikom, a słabsi z każdym dniem tracili dystans.

Wolny rynek skapitalizował futbol. Piłkarze stali się bardziej dostępni. Liczba klubów rywalizujących ze sobą drastycznie wzrosła. Wiedząc, że kupiony za duże pieniądze człowiek będzie mógł odejść za darmo, zaczęto proponować dłuższe kontrakty. Zatrudniani, godząc się na dłuższe umowy, żądali większych pieniędzy. Koło się zamknęło i rozpędza się do dziś.

Do tych dwóch aspektów dołączyły kolejne precedensy: uznanie sześciomiesięcznego czasu przed zakończeniem umowy, w trakcie którego piłkarz może negocjować z nowym klubem, prawo Webstera, ostatnio sprawa Rui Patricio. Pracodawca, którym jest klub, może coraz mniej, piłkarz coraz więcej. Z takiego stanu rzeczy są zadowoleni agenci piłkarscy, których w ostatnich dekadach namnożyło się znacząco. Coraz więcej łatwych pieniędzy, negocjowanie prowizji. Im więcej transferów będzie miał piłkarz w swojej karierze, tym więcej uda się zarobić agentowi. A negocjowanie nowej umowy po zakończeniu starej? Najgorsza rzecz dla starego klubu i najlepsza dla nowego. Największym zaś wygranym jest agent i piłkarz, którzy mogą wynegocjować kilkanaście milionów euro za podpis – kosmos.

Nieczyste zagrywki

Wspomniane wyżej elementy biznesu są poprawne moralnie i profesjonalne. Dwie strony podpisują kontrakt na dany okres i z chwilą zakończenia mogą się rozejść w swoje strony. Tak brzmi teoria. W praktyce jednak klub stara się wywrzeć na piłkarzu nacisk, żeby podpisał nową umowę, bo inaczej ten odejdzie za darmo. Piłkarz dąży do jak największej wolności i elastyczności – wszak wtedy może najwięcej zarobić. Największy problem pojawia się jednak wtedy, kiedy w grę wchodzą naganne praktyki niemające wiele wspólnego z profesjonalizmem – zsyłanie zawodnika do rezerw, mobbing oraz z drugiej strony odmowa udziału w treningach, wylotu na tournée. Bardzo znane kluby i  zawodnicy dopuszczali się podobnych zagrywek.

Jednym z głośniejszych przykładów jest Luka Modrić, który w fatalny sposób wymuszał swoje odejście do Realu Madryt, odmawiając udziału w treningach, czy udziału w presezonie. Podobne zagrywki stosował Gareth Bale. Również Luis Suárez dał się poznać w Liverpoolu jako „cwaniaczek”, jednak został skutecznie doprowadzony do pionu na sezon przed swoim odejściem do Barcelony. Sztandarowym przykładem najnowszych czasów jest jednak Ousmane Dembélé. Człowiek będący zaprzeczeniem profesjonalizmu piłkarskiego i uczciwości ludzkiej. Najpierw buntem wymusił transfer do BVB, a potem postąpił tak samo przy okazji przejścia do Barcelony. Zero szacunku do pracodawcy.

Media podają obecnie, że Neymar też szuka sposobu na odejście, analizując kruczki prawne i precedensy. Może uruchomić prawo Webstera? Może swoim działaniem, niczym kiedyś Bosman, stworzyć nowe? Wszystko po to, aby uciec od odpowiedzialności za swój podpis. Umowa na 35 mln euro rocznie, z wszelkimi bonusami i obostrzeniami, ale wciąż agenci z piłkarzami chcą więcej i więcej.

Jeśli kierunek obrany przez prawodawców nie ulegnie zmianie, to kwestią czasu wydaje się, kiedy respektowanie kontraktów stanie się martwym prawem. Piłkarze i agenci będą mieli pełną swobodę działania, mogąc zmieniać kluby jak rękawiczki. Kluby stracą obecną kontrolę nad transferami - zbilansowanie kadry i utrzymanie jej przez lata może być niemożliwe. Oczywiście wszystko się jakoś ułoży – jak zwykle. Pytanie tylko, gdzie w tym wszystkim są kibice, przywiązani do swoich barw i boiskowych herosów. Bardzo możliwe, że w tej walce o coraz większe pieniądze to właśnie oni stracą najwięcej.

Powiązane artykuły

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

Obiekt na zdjęciu wygląda jak Milenijna Waga z Yu Gi Oh
« Powrót do wszystkich komentarzy