Ousmane’owi Dembélé należy pomagać za wszelką cenę, ale pomoc jeszcze trzeba chcieć przyjąć

Mariusz Bielski

3 grudnia 2018, 19:45

54 komentarze

Muszę przyznać, że w ciągu ostatniej dekady odejście żadnego piłkarza nie zmartwiło mnie tak, jak to Neymara do PSG. Do dziś sądzę, iż jest to zawodnik nie do zastąpienia w stosunku jeden do jednego. Można co najwyżej próbować niwelować tę różnicę. Postawienie na Dembélé uważałem zatem za krok jak najbardziej naturalny i nadal twierdzę, że najgłupsze co Barcelona mogłaby teraz zrobić, to przestać w niego wierzyć, a niebawem pozbyć się go.

Nawet pomimo tego jak ambiwalentne uczucia we mnie wzbudza. Pamiętam doskonale z kim mamy do czynienia. To ten gość, który obraził się na Borussię Dortmund, ponieważ chciała go na dłużej zatrzymać u siebie, skoro podpisał z nią kontrakt na lata. To ten gość, który szantażem wymusił transfer, wszak odmówił udziału w treningach, przez co zaniedbał się na tyle, by później miesiącami zmagać się z urazem wynikającym z kiepskiego przygotowania do sezonu. To ten gość, który zażyczył sobie zamontowania grilla w ogródku, by jego imprezy z gronem kumpli nabrały dodatkowego smaczku. To ten gość, który nie widział w tym nic złego. To ten gość, który w odpowiedzi od klubu otrzymał prywatnego kucharza, ale zwolnił go, ponieważ ma zbyt wysublimowane podniebienie jak na ryż z rybą i warzywami, a woli fast foody. To ten gość, któremu zatrudniono również szofera, aby pilnował punktualności piłkarza, ale on był odporny na jego pomoc. To ten gość, który udawał zatrucie pokarmowe, by nie iść na trening. To ten gość, zarywający nocki żeby grać w gry video. Ten gość, który wydaje się być niereformowalny.

Więcej grzechów skrzydłowego nie pamiętam, lecz na pewno znalazłoby się jeszcze coś do powyższej listy. Nie chodzi mi jednak o to, by tylko pokazać skalę problemu, ponieważ ją wszyscy znają. Dużo ciekawiej wygląda jej zestawienie z efektywnością Francuza. Zatrważającą, ponieważ tak dobrą. Nie da się zaprzeczać faktom – rozprawiam wszak o piłkarzu, który przy całym swoim zestawie przywar wciąż ratuje katalońskie tyłki od potężnych wpadek. To on dał Barcelonie zwycięstwo nad Sevillą w Superpucharze, miał udział w dwóch zwycięstwach z PSV, a biorąc pod uwagę rozgrywki ligowe jego gole oraz asysty zapewniły zespołowi (tak na oko) 13 punktów. Jakkolwiek spojrzeć – ukłony.

Ten przepotężny zgrzyt czuć w hiszpańskich mediach codziennie, tak samo jak w bezpośrednich doniesieniach z klubu i po prostu w rozmowach pomiędzy kibicami. I jest on dość osobliwy, ponieważ postrzeganie Ousmane zmienia się niczym w kalejdoskopie. Ileż to już razy w tym sezonie w środę większość osób chciała go sprzedać, by w sobotę stwierdzić, gdy kolejny raz zaliczył zagranie na wagę trzech oczek, że powinien być nietykalny? Gdyby chodziło o jakiegokolwiek innego zawodnika stwierdziłbym, iż taka huśtawka nastroju to przejaw totalnej dziecinady. Nie będę więc hipokrytą – pewnie gdybym pisał ten tekst powiedzmy trzy tygodnie temu, jego wydźwięk byłby zupełnie inny. Zapewne pozbawiony wszelkiej nadziei.

My, kibice, nie jesteśmy tak ważni jak nam się wydaje. Dużo bardziej zastanawiam się na ile starczy cierpliwości sztabowi szkoleniowemu Blaugrany oraz jej dyrektorom. Oni przecież też się wahają, co widać po sprzecznych komunikatach płynących z różnych stron. Z jednej RAC1 informuje o chęci pozbycia się skrzydłowego, a za chwile któryś ze sportowych dzienników przytacza wypowiedzi, Josepa Marii Bartomeu, Guillermo Amora lub Ernesto Valverde o tym jak bardzo Duma Katalonii liczy na Dembélé.

Mam nadzieję, że ich ostateczną konkluzją nie będzie podejście na zasadzie – ok, skoro gra dobrze, parę razy uchronił nas od kompromitacji, to możemy przymknąć oko na jego brak profesjonalizmu. Wiem doskonale – podwójne standardy stosowano wobec wielu zawodników klubu z Camp Nou. Na przykład robił tak Johan Cruyff wobec Romario, Rijkaard z Ronaldinho, ale w przypadkach Canarinhos i bohatera tego tekstu jest jedna, znacząca różnica. Im taka wolność dodawała skrzydeł. Jestem pewny, iż bez niej zostaliby znacznie gorszymi piłkarzami. A u Francuza wręcz przeciwnie – nadmierne pobłażanie wyłącznie go niszczy.

Do każdego, kto uważa, że i skrzydłowemu należy się taryfa ulgowa, bo przecież daje tyle ważnych goli lub asyst, mam zatem jedno pytanie. A co jeśli prowadząc się jak na profesjonalistę przystało, byłby ze dwa albo trzy razy lepszy? W całym tym traktowaniu Ousmane niczym pączka w maśle chodzi przecież o maksymalne wykorzystanie jego potencjału, co wpłynęłoby pozytywnie i na wyniki drużyny i na renomę samego zawodnika. Wydaje mi się to tak oczywiste, że aż głupio się czuję wspominając o tym aspekcie.

To jest jednak na tyle ważna kwestia, że nie odważę się jej pominąć. Bo czy Messi byłby dzisiaj jednym z najlepszych piłkarzy w historii, gdyby swego czasu zszedł na manowce u boku R10? Czy Xavi byłby tak genialnym pomocnikiem-wizjonerem, gdyby od najmłodszych lat nie pragnął chłonąć barcelońskiej filozofii gry? Czy Puyol zostałby legendą Blaugrany, gdyby nie stawiał dobra drużyny nawet ponad własne zdrowie? Nie bez kozery wymieniam samych tuzów. Uważam bowiem, że w Dembélé tkwi na tyle dużo talentu, aby przy pełnym oddaniu się futbolowi stał się może nawet tak samo wielkim zawodnikiem. Ale dobrze, przytoczę również te bardziej przyziemne przykłady. Czy Seydou Keita spędziłby na Camp Nou cztery lata, gdyby nie jego wyjątkowy etos pracy na treningu i podczas meczu? Czy Paulinho przeszedłby drogę od brazylijskich kartoflisk, przez polską i litewską ligę, po Barcelonę, gdyby nie jego niezłomność, ambicja oraz wsparcie bliskich?

Uważam, że w dyskusji o braku profesjonalizmu Dembélé zbyt często ucieka się od tematu złych doradców . Albo raczej – od tematu jednego, konkretnego złego doradcy, czyli jego agenta, Moussy Sissoko. Ten facet wydaje się być uosobieniem przeciwieństwa wszystkich wartości, które sprawiają, że wyżej wymienieni zawodnicy zaszli tak daleko. Nie zdziwiłbym się zanadto, gdyby co rano wysyłał do swego podopiecznego smsa o treści: „Jesteś najlepszy, więc wolno ci więcej, a ci z klubu niech się p******ą”. Nie wykluczam natomiast, że pewne rzeczy w profesjonalnym futbolu po prostu przyszły bohaterowi tego tekstu zbyt łatwo, aby je doceniał, aby miał odpowiedni dystans do działań swojego agenta.

Nie za bardzo chce mi się wierzyć, że to sam chłopak wpadł na pomysł zagrożenia Rennes przejściem na emeryturę i wyprowadzką do Senegalu, gdy to nie chciało go puścić do BVB. Wątpię, by w Dortmundzie Sissoko nie buntował podopiecznego, aby w taki sposób wymusić transfer. On od początku prowadzi Ousmane według syndromu oblężonej twierdzy. Broni swego – podkreślmy – klienta zawzięcie, każdą negatywną informację o nim torpeduje określeniem „fake news”. Najchętniej zrobiłby z niego świętego, choć aureola, którą nakłada skrzydłowemu, utrzymuje się na jego diabelskich różkach.

I pewnie nawet odniósłby jakiś mały sukces w tym bronieniu sprawy przegranej, gdyby nie liczne komunikaty płynące z ust osób kompletnie wobec Francuza niezależnych. – Nasza grupa na WhatsAppie przydaje się, by informować Dembélé o terminach, bo zawsze się spóźnia. Jeśli chce być wielki, powinien myśleć o futbolu 24 godziny na dobę – wspominał Gerard Piqué. – Spoważniej, skup się na pracy i nauce – rugał Luis Suárez. – Znam jego wymówki, gdy pojawia się po czasie. Broni się tym, że nie jest jedyny – opowiadał Didier Deschamps. – Musimy mu pomóc – w opozycji deklarował Ernesto Valverde.

Póki co wydaje mi się, że ta pomoc zawiera w sobie sporo elementów terapii wstrząsowej. Na jaw wychodzą kolejne ekscesy z graczem Barcelony w roli głównej, a każdy coraz bardziej go pogrąża. W jaki sposób jawi się ta postać w oczach każdego kibica? Niepoważny, ignorant, źle wychowany, zarozumiały, aspołeczny, dziecinny…

Nie mam pojęcia czy to jest dobra droga, ale nie zdziwiłbym się, gdyby w tym względzie Duma Katalonii kierowała się czystym pragmatyzmem, chcąc odstraszyć potencjalnych kupców. Nie ma głupich w sztabie. Trenerzy, dyrektorzy, skauci, a nawet sprzątaczki wiedzą, że mają pod opieką diamencik, który chętnie przygarnąłby praktycznie każdy możny europejski klub. Z drugiej strony zdają sobie sprawę z tego, iż stąpają po polu minowym, skoro zawodnik jest klientem agenta zdolnego do wywołania kolejnego buntu w dowolnym momencie. A wtedy Blaugrana straciłaby podwójnie, bo i z gracza nie będzie pożytku, i finansowo wyjdzie na tym jak Zabłocki na mydle. Powszechnie wiadomo bowiem, że w przypadku sprzedaży Ousmane musiałaby wypłacić Borussii wartość wszystkich zmiennych (około 50 milionów euro), nawet jeśli do tego momentu ich warunki nie zostaną wypełnione.

To z kolei oznaczałoby nie mniej, nie więcej jak przyznanie się do ogromnego błędu i poniesienie srogich konsekwencji. Nie wydaje mi się przy tym, by zarząd Barcelony miał odwagę do takiego ruchu, bo cierpi na tę samą chorobę co większość sterników wielkich klubów – rzekomą nieomylność. Ci ludzie, z Bartomeu na czele, w życiu publicznie nie wyznaliby, iż popełnili błąd, zwłaszcza jeśli niesie on za sobą gigantyczne frycowe w wielu sferach: piłkarskiej, wizerunkowej oraz finansowej. A jeśli do tego Dembélé w następnej drużynie faktycznie ogarnąłby się w dużym stopniu, odpalił na maksimum swych możliwości, dyrektorzy zostaliby zasypani krytyką jak rodzina Dursleyów listami w pierwszej części Harry'ego Pottera.

Dlatego nie widzę lepszego wyjścia z tej sytuacji jak dalej chuchać i dmuchać na Francuza. I rozmawiać, przede wszystkim rozmawiać, uświadamiać oraz dalej przekonywać do sportowego trybu życia, nawet jeśli póki co wydaje się to być syzyfową pracą. Bez zrozumienia istoty swoich błędów Dembélé nigdy nie przekona się do zmiany postępowania. Karany brakiem gry – jak w meczu z Betisem – tylko dodatkowo się zacietrzewi. Celnie ujął to Jorge Valdano w felietonie dla El País. – Bo jak możesz wyciągnąć kogoś z problemów, jeśli jednocześnie odbierzesz mu pasję, smak życia? – retorycznie pytał Argentyńczyk właśnie w kontekście gracza Dumy Katalonii.

Ousmane nie potrzeba wrogów, tylko przyjaciół, co wezmą go za rękę i poprowadzą w dobrą stronę. Wydaje mi się, że znalazłby takowych w samej drużynie. Słowa krytyki ze strony Piqué czy Suáreza nie wynikały z czystej chęci dowalenia skrzydłowemu, lecz z troski. Wymowna była też szaleńcza radość Urugwajczyka, który po golu z Atlético rzucił się w ramiona Francuza, wrzeszcząc wniebogłosy. Za chwilę dołączyło do nich kilku kolejnych kolegów. Dembélé nie byłby sam w FC Barcelonie, gdyby tylko tego pragnął.

No ale właśnie – to jest argument, który prędzej czy później burzy wszystkie moje. Pomoc trzeba jeszcze chcieć przyjąć.

Powiązane artykuły

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

Sory,gdzie jest podane jakieś info że udawał zatrucie pokarmowe ? Jakiś link poproszę bo mi chyba umknęło
« Powrót do wszystkich komentarzy