Następny mecz:  Juventus  -  Barcelona     ·  środa, 22 listopada 20:45  ·  5. kolejka Liga Mistrzów , Gr. D   ·  Transmisja: TVP 1   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

Fanfiction: Operacja reaktywacja

 2 maja 2017, 14:19

 Sylwia Ruła

Źródło: własne

 64 komentarze

Fanfiction: Operacja reaktywacja

Do zakończenia sezonu Barcelony pozostały cztery spotkania. Choć będą one rozgrywane z pozornie dużo słabszymi rywalami, to właśnie one przesądzą o tym, czy Duma Katalonii doda do swojej gabloty dwa kolejne trofea, czy też zakończy rozgrywki z pustymi rękoma. Nie sposób rozliczać drużynę z wyników przed rozegraniem owych meczów, jednak o pewnym aspekcie można dyskutować już teraz. Mowa tu oczywiście o przydatności dla drużyny letnich transferów.

Jasper Cillessen, Lucas Digne, Samuel Umtiti, Denis Suárez, Andre Gomes i Paco Alcácer kosztowali klub łącznie niemal 123 mln euro i nawet pomimo tak ogromnej kwoty z początku wydawało się, że Robert Fernández dokonał niezłego interesu, sprowadzając do klubu pięciu młodych i perspektywicznych zawodników z pola oraz nieco bardziej doświadczonego bramkarza. Moment na rozpoczęcie zmiany pokoleniowej był wprost idealny: w klubie wciąż pozostawali Andrés Iniesta, Mascherano, Rakitić i kilku innych zawodników „starej gwardii”, gotowych wesprzeć nowe nabytki i przekazać im część swojej wiedzy. Gdyby ich adaptacja nie przebiegała pomyślnie, Lucho zawsze mógł powrócić do sprawdzonych rozwiązań, bez większych spadków w jakości gry zespołu. Plan niemal idealny. „Operacja się udała, pacjent zmarł”.

Aklimatyzacja w Barcelonie nigdy nie była najłatwiejszym zagadnieniem, słabsza forma kluczowych zawodników zespołu również może stanowić pewną okoliczność łagodzącą, lecz mimo wszystko chyba nikt nie spodziewał się, że sprowadzeni latem zawodnicy okażą się aż tak wielkim niewypałem. Na dobrą sprawę jedynie w przypadku Umtitiego można mówić, że spełnił pokładane w nim nadzieje w stu procentach. Ba! On je nawet przerósł! Stopniowo zyskując zaufanie trenera, otrzymywał coraz więcej szans, aż z czasem posadził na ławce samego El Jefecito. Jak na obecne standardy rzucona przez Lyon cena 25 mln wydaje się promocją godną słynnych francuskich supermarketów. Big Sam z każdym meczem coraz bardziej imponuje spokojem, pewnymi interwencjami i sercem do gry, którym tak bardzo zjednał sobie publiczność. Kilka słów pochwały można skierować także w stronę Cillessena, który odgrywając rolę rezerwowego bramkarza, popisał się kilkoma dobrymi paradami w Pucharze Króla, choć generalnie przez większość sezonu pozostawał przykuty do ławki rezerwowych. Niestety na tym pozytywy się kończą. Pozostałym zawodnikom także zdarzały się lepsze występy, lecz zdecydowanie nie na tyle dobre, by usprawiedliwiać ich obecność w klubie pokroju Barcelony.

Po wielu fatalnych występach ligowych, a zwłaszcza przedwczesnym odpadnięciu w Lidze Mistrzów, to właśnie „świeżakom” oberwało się najbardziej. Oskarżenia kierowane pod ich adresem są mniej lub bardziej usprawiedliwione. Z jednej strony mamy Denisa i Andre, którzy pomimo szukania dla nich miejsca na kilku różnych pozycjach, nie potrafili spłacić (chwilami wręcz nadmiernego) zaufania trenera, wykazując znikomą inicjatywę i zrzucając ciężar rozegrania na najbliższego kolegę. Z drugiej Paco Alcácera, który po kilku słabszych występach niemal z miejsca trafił „do lodówki” i dopiero po przejściu z pozycji środkowego napastnika na skrzydłowego zaczął wnosić coś do drużyny. Także Lucas Digne, pomimo nie najgorszej postawy defensywnej, kompletnie nie potrafił nawiązać nici porozumienia ze swoim docelowym partnerem na lewej flance Neymarem, co automatycznie dyskwalifikuje go z gry na lewej obronie Barçy.

W tej chwili powiecie zapewne „ zaraz, chwila, moment, przecież plan to przewidywał!”. I tak, i nie. W innych okolicznościach można byłoby z całą pewnością stwierdzić, że zawodnicy sprowadzeni latem zostaną w Barcelonie na kolejny sezon. Nieraz słyszy się opinie, że przychodząc do klubu z Katalonii, uczysz się futbolu na nowo. Historia zdaje się to potwierdzać, gdyż zdecydowana większość zawodników w pierwszym sezonie na Camp Nou zalicza lekki regres w stosunku do ich gry w poprzednim klubie. Sami działacze Blaugrany także zdają sobie z tego sprawę, tak więc definitywne pozbywanie się piłkarza po pierwszym sezonie jest tu prawdziwym ewenementem. W innych okolicznościach niedawne przełamanie się Andre Gomesa i Paco Alcácera byłoby gwarantem drugiej szansy w kolejnej temporadzie. Lecz właśnie „w innych okolicznościach”. Latem 2016 roku dyrekcja sportowa zakładała, że ma czas, by stopniowo wprowadzić do zespołu młode talenty. Jednak pytanie brzmi, czy my ten czas wciąż mamy? Andrés Iniesta, pomimo dopiero 32 lat, nie może być już rozpatrywany w kontekście podstawowego gracza. Kontuzje trapią go coraz częściej, a nawet gdy jest do dyspozycji trenera, nie prezentuje już tak kosmicznego poziomu jak w latach swojej świetności.  Ten sezon pokazał również, że gdy tylko Busquets i Rakitić zanotują zniżkę formy, Barcelona nie jest w stanie opanować środka pola, grając trójką pomocników. Potrzebujemy klasowego rozgrywającego. Być może w kolejnym sezonie zobaczymy w tej roli Messiego bądź Sergiego Roberto, lecz mało prawdopodobne, by „game changerem” okazał się nagle Gomes lub Denis, którzy nawet w swoich poprzednich klubach nigdy nie potrafili znacząco wpłynąć na rozgrywanie piłki w środku pola.

Lucho już próbował radzić sobie z problemami w pomocy, przekładając ilość nad jakość. Pewne odświeżenie stanowiło wprowadzenie ustawienia 3-4-3, jednak odkąd pamiętam, eksperymenty z tą taktyką nigdy nie kończyły się dobrze, czy to za czasów Guardioli, Vilanovy, czy Luisa Enrique. Poświęcenie jednego z obrońców przydaje się w meczach o być albo nie być, w szerszej perspektywie eksperymenty te kosztują jedynie stratę mistrzostwa, jak chociażby w sezonie 2011/12.

Nie przez przypadek to właśnie 4-3-3 jest domyślnym ustawieniem Blaugrany. System ten nie tylko gwarantuje spore możliwości elastyczności taktycznej, przy niewielkich korektach personalnych. Cały system szkolenia młodzieży jest oparty o ten schemat, a i zawodnicy pierwszej drużyny nie reprezentują cech odpowiednich do gry trójką obrońców. Na dobrą sprawę, w barcelońskim ujęciu, 3-4-3 oparte było wyłącznie na osobie Rafihni. Jego gra w charakterze wahadłowego zapewniała mobilność i względne bezpieczeństwo defensywne na prawej flance oraz odklejenie Messiego od linii bocznej. Po jego kontuzji cała koncepcja legła w gruzach. Nie dość, że Roberto nie zapewniał dostatecznej aktywności ofensywnej w grze na prawym skrzydle, to „wykastrowane” zostało także lewe skrzydło poprzez nieobecność Jordiego Alby. Dodajmy do tego dezorientację stoperów, nieprzyzwyczajonych do gry w 3-osobowym bloku, i mamy tykającą bombę, która dała o sobie znać w Turynie. Brnięcie w ten schemat miałoby sens przy obecności Aleixa Vidala, lecz nadal byłoby to rozwiązanie uzależnione od dyspozycji jednego czy dwóch zawodników.

Barcelona potrzebuje powrotu do 4-3-3, jednak zanim to nastąpi, potrzebne jest zapewnienie odpowiedniej jakości do realizacji tego systemu. Jakości, której póki co nie zapewnia żaden z rezerwowych zawodników. Już w tej chwili wiemy o konieczności zakupu prawego obrońcy w miejsce Sergiego Roberto. Z klubem pożegna się także Jérémy Mathieu, którego prawdopodobnie zastąpi gracz rezerw Marlon. Niepewna jest również przyszłość Mascherano i Iniesty, zarówno pod względem kontraktów z klubem, jak i ich faktycznej dyspozycji i przydatności dla drużyny. Coraz głośniej mówi się także o chęci sprowadzenia z Atlético lewego obrońcy Theo Hernándeza oraz kolejnego pomocnika. Sporo słychać również o powrocie do Barcelony Gerarda Deulofeu. Klub z pewnością będą czekać przetasowania i jeśli wierzyć tylko i wyłącznie prasie, będą one spore.

Należy się jednak zastanowić, co jest dla klubu bardziej ryzykowne: naiwne liczenie na nagłą eksplozję talentu obecnych graczy czy wymiana połowy pierwszej jedenastki za grube miliony? Już samo przyjście nowego trenera jest zawsze pewnym rodzajem destabilizacji. Zapewne wybór nowego szkoleniowca już się odbył i miejmy nadzieję, że to właśnie on już teraz kieruje przebudową kadry. Korekty personalne są konieczne, ale warto pamiętać, że to między innymi nadmierny chaos w zarządzaniu składem kosztował posadę Luisa Enrique, a jego następca powinien ten chaos uporządkować, nie zaś go pogłębiać.

Tagi:

Felietony

Udostępnij:

Komentarze (64)

Gorące tematy