Następny mecz:  Girona  -  Barcelona     ·  Sobota, 23 września 20:45  ·  6. kolejka La Liga   ·  Transmisja: Eleven Sports   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

Fanfiction: Enrique i co dalej?

 22 lutego 2017, 19:00

 Sylwia Ruła

Źródło: własne

 85 komentarzy

Fanfiction: Enrique i co dalej?

Sezon 2016/17 będzie ostatnim dla Luisa Enrique na stanowisku trenera FC Barcelony. Biorąc pod uwagę wydarzenia ostatnich tygodni, nie ma w tym stwierdzeniu ani grama kontrowersji. Nawet gdyby drużynie udało się dokonać cudu i nadrobić w rewanżu z PSG czterobramkową stratę, nawet gdyby udało się dokonać kolejnego cudu i dogonić w lidze Real, mało prawdopodobna byłaby dalsza współpraca z obecnym zespołem szkoleniowym. Nie jest to nawet kwestia samych wyników czy też pozostawiającego wiele do życzenia stylu gry. Pomysł Lucho na Barçę po prostu się skończył. Niemalże w każdym aspekcie zarządzania drużyną, od decyzji personalnych zaczynając, na rozpracowywaniu rywali kończąc, brakuje sensowności i nadrzędnego celu.

Tak jak obecne rezultaty nie ujmują niczego sukcesom poprzednich dwóch sezonów, tak i zdobyte niegdyś trofea nie tuszują aktualnych porażek. Już taka jest kolej rzeczy w najbardziej utytułowanych klubach. Zwycięzcą jesteś od momentu zakończenia spotkania do kolejnego treningu. Później udowadnianie światu własnej wielkości zaczyna się od nowa. W każdym kolejnym spotkaniu przekonujesz kibiców, że jesteś godzien barw, które reprezentujesz, i pozycji, którą zajmujesz. Predyspozycje są jedynie składowymi długotrwałego sukcesu, lecz to zdolność do samokrytyki stanowi jego katalizator. W Barcelonie efektywne rozwiązania są piętnowane z całą stanowczością, a po rozczarowujących rezultatach to trener jako pierwszy żegna się ze stanowiskiem. Tak dzieje się od lat i to właśnie owy system stałego wywoływania presji pozwala Barcelonie utrzymywać się na szczycie.

Blamaż z PSG nie jest winą tylko i wyłącznie asturyjskiego szkoleniowca. W końcu to nie on tracił na Parc de Princes piłkę i odpuszczał krycie. Trudno też winić za wynik jedynie piłkarzy. Pojedyncze porażki (nawet w tak przygniatającym stosunku) można usprawiedliwiać formą dnia, błędami indywidualnymi czy gorszą formą, ale utrzymującą się (na dobrą sprawę od kwietnia) powszechną beznadzieję już nie. W futbolu dwa i dwa nie zawsze daje cztery. Czasami wynikiem może być trzy lub pięć, a o końcowym rezultacie tego równania często decyduje właśnie trener. Blaugrana gra poniżej swoich możliwości i nawet biorąc pod uwagę zmierzch formy kluczowych zawodników, z tej drużyny można było wykrzesać o wiele więcej.

Drogi sztabu szkoleniowego i zawodników po prostu w pewnym momencie się rozjechały. Wzajemne obarczanie się winą za brak pomysłu na grę zespołu nie ma już większego sensu. Kontrakt Enrique kończy się po tym sezonie i jak na razie żadna ze stron nie wykazuje chęci, by zmienić ten stan rzeczy. Pora podać sobie ręce na zgodę i podziękować za współpracę. Zanim jednak to nastąpi, Luis Enrique wciąż może przydać się klubowi, chociażby dając zarządowi czas na wybranie jego zastępcy.

Brzmi to dosyć gorzko i niewdzięcznie, jednak mając na uwadze dobro klubu, samopoczucie trenera jest kwestią drugorzędną. Sam Lucho z pewnością zdaje sobie sprawę z sytuacji, w której się znalazł. Jest to jeden z atutów posiadania mistera znającego dobrze realia klubu. Kibice żądają głów, i jego, i piłkarzy, zaś dobór nowych pracowników jest w Katalonii kwestią jeszcze bardziej newralgiczną niż w innych społecznościach. Przede wszystkim kiedy ktoś zostaje trenerem Barçy, przestaje mieć znaczenie, co osiągnął poprzednio. Ileż to już razy bywało, że znani i utalentowani trenerzy ponosili spektakularne klęski, prowadząc Dumę Katalonii tylko po to, by ich kompletnie niedoświadczeni następcy mogli zgarniać trofeum za trofeum. Podczas rekrutacji na to stanowisko nazwisko jest sprawą drugorzędną. O wiele ważniejsza jest własna wizja futbolu, spójna z koncepcją kibiców, klubu i samych zawodników. Często korzysta się przy tej okazji z wyświechtanych do cna zwrotów „DNA Barcelony”, „filozofia klubu”. Istotnie, ostatnie lata pokazały, że to właśnie znajomość realiów klubu okazywała się decydującym czynnikiem w walce o „być albo nie być” na ławce trenerskiej na Camp Nou. I chociaż każdy człowiek lepiej radzi sobie w środowisku, z którym już kiedyś miał do czynienia, nie ma co do tego dorabiać górnolotnych terminologii, które nie zawsze mają odzwierciedlenie w rzeczywistości. Gdyby tak było, wybór trenera ograniczałby się do wpisania w wyszukiwarce frazy former Barcelona players who are now coaches”, po czym wybrania delikwenta, który radzi sobie najlepiej u swojego aktualnego pracodawcy. Chwilami szczerze zastanawia mnie, czym kierują się osoby proponujące na to stanowisko Ronalda Koemana, Philipa Cocu albo Eusebio Sacristána. Przy całym szacunku dla ich dorobku, oglądając grę czy to Realu Sociedad, czy Evertonu, czy PSV, nigdy nie naszła mnie myśl, że dobrze by było oglądać Barcelonę grającą w podobny sposób. Wierzcie lub nie, ale gra dla Barcelony w CV nie jest ani warunkiem koniecznym, ani wystarczającym do brania udziału w plebiscytach na trenera pierwszej drużyny.

Najważniejszym kryterium powinna być tutaj odporność psychiczna i umiejętność dogadania się z gwiazdami światowego formatu. Celowo mówię tutaj o sztuce kompromisów, nie zaś o wybitnych umiejętnościach przywódczych. Zaangażowanie zawodników nie jest funkcją wykładniczą poziomu decybeli dobiegających z ławki trenerskiej. Przynajmniej nie w Barçy. Nie w klubie, w którym najważniejsi zawodnicy szatni są doświadczonymi profesjonalistami z toną żelastwa w osobistych gablotach. By zdobyć sobie przychylność Suáreza czy Mascherano, nie wystarczy skakać przy linii bocznej i obrzucać bluzgami sędziów. Niewielkie znaczenie mają też tzw. „autorytety”. Być może w niektórych klubach tak to właśnie działa, że szacunek podwładnych zdobywa się żonglerką na treningach, wątpię jednak, czy na tej planecie istnieje jakikolwiek trener, który mógłby zaimponować Messiemu czy Inieście swoim piłkarskim dorobkiem.

Wbrew temu, co się nieraz słyszy, nasi zawodnicy nie są rozkapryszonymi gwiazdorami, którym chce się biegać dopiero w półfinałach rozgrywek. Im nie potrzeba niańki ani sierżanta. Często słyszy się opinie, że Barcelonę byłaby wstanie trenować nawet sprzątaczka. Oczywiście, pomijając akcenty humorystyczne, jest w tym stwierdzeniu ziarno prawdy. Szatnia klubu, pomimo niezwykle gęstego upakowania gwiazdami światowego formatu, zdaje się być wyjątkowo przystępna w obejściu. Nie wynika to jednak tylko i wyłącznie ze spokojnego usposobienia większości zawodników, ale przede wszystkim z ich profesjonalizmu. Piłkarze, którzy zbierali piłkarskie szlify od Pepa Guardioli, nigdy nie pójdą za człowiekiem, który będzie im kazał dużo biegać i kopać piłkę byle do przodu, bez zagłębiania się w szczegóły taktyczne. To właśnie ta świadomość piłkarskich niuansów odróżnia naszych zawodników od kolegów po fachu. Mówi się, że Guardiola zepsuł Barcelonie kibiców, rozpuszczając ich do granic rozsądku. Wychodzi na to, że „zepsuł” także samych piłkarzy, wybijając im z głowy przyzwolenie na taktyczną bylejakość. Barcelonismo chce ponownie oglądać Barcelonę tryumfującą we wszystkich rozgrywkach, lecz zanim to nastąpi, pora przywrócić Barcelonę efektywną, mogącą rywalizować z największymi jak równy z równym.

Klubowi nie potrzeba wcale utytułowanych mędrców z dwudziestoletnim doświadczeniem i wielostronicowymi referencjami. Wystarczy dający się szanować manager, zaś szacunek szatni najłatwiej zdobyć ciekawą wizją taktyczną. Tak jak po erze filozofów potrzeba było elastycznego Enrique, tak po chaosie ostatnich miesięcy Barcelonie potrzeba przede wszystkim taktyka. Człowieka, który mógłby na nowo postawić trzon zespołu w oparciu o zgrany środek pola, wypracować automatyzmy, a z czasem poszukać innych opcji w odbijającej się od dna drużynie rezerw.

W tym ostatnim zadaniu nieoceniona może okazać się inicjatywa samego Lucho. Przy zredukowanych oczekiwaniach wobec rezultatu w lidze i niemal pewnym odpadnięciu z Ligi Mistrzów nic nie stoi na przeszkodzie, by sprawdzić na wyższym poziomie parę talentów ze szkółki. Szczególnie godny uwagi jest obecny kapitan Barçy B, prawy obrońca Sergi Palencia, mogący z powodzeniem zastępować poważnie kontuzjowanego Vidala. Już niedługo konieczne będzie także podjęcie decyzji co do potencjalnych celów transferowych oraz przyszłości wypożyczonych zawodników. Co prawda wiążące postanowienia nie zapadną prędko, lecz lepiej, by przychodzący w lipcu trener nie musiał sklejać kadry na kolanie, jak to już nieraz bywało. Sam klub także z pewnością zdaje sobie z tego sprawę i już teraz nawiązuje kontakty z potencjalnymi kandydatami.

W prasie najczęściej pada nazwisko obecnego szkoleniowca Sevilli Jorge Sampaoliego. El Loquito lub „Bielsa dla ubogich”, jak często o nim mówią, może faktycznie okazać się jedną z najciekawszych opcji. Argentyńczyk nosi swoje przezwisko jak tarczę i w swojej dotychczasowej karierze wiernie naśladuje swojego rodaka i mistrza. Jego piłkarska wizja i skrajny profesjonalizm zdają się idealnie wpisywać w charakterystykę klubu, a wrodzona skromność i serdeczność względem zawodników stanowią dobry prognostyk. Zresztą, żeby znaleźć entuzjastów barcelońskiego stylu, wcale nie trzeba szukać daleko. Wręcz śmiało można powiedzieć, że na europejskim podwórku „gdzie cegłą nie rzuci, tam bielsistę trafi”. Pochettino, Berizzo, Tuchel i jego młody padawan Nagelsmann: lista potencjalnych kandydatów wcale nie musi ograniczać się do najczęściej rzucanych nazwisk. Przed zarządem stoi trudne i niezbyt wdzięczne zadanie wybrania odpowiedniego kandydata przy możliwie jak największym poszanowaniu obecnego trenera. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejny szkoleniowiec poradzi sobie z presją prowadzenia Barcelony nie gorzej niż Enrique.

Tagi:

Felietony

Udostępnij:

Komentarze (85)

Gorące tematy