Następny mecz:  Juventus  -  Barcelona     ·  środa, 22 listopada 20:45  ·  5. kolejka Liga Mistrzów , Gr. D   ·  Transmisja: TVP 1   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

Fanfiction: Co w nas pozostało?

 29 listopada 2016, 18:10

 Sylwia Ruła

Źródło: własne

 49 komentarzy

Fanfiction: Co w nas pozostało?

Nie dalej jak parę dni temu przeżywaliśmy minirocznicę bardzo ważnego dla barcelonismo wydarzenia. Mianowicie 26 listopada 2012 w meczu z Levante Duma Katalonii przez godzinę grała przeciwko swojemu rywalowi jedenastką złożoną z samych wychowanków. To właśnie w owym czasie, pod wodzą Tito Vilanovy, filozofia klubu przechodziła prawdziwe apogeum. Absolwenci La Masíi mogli liczyć na stałą obecność w kadrze meczowej, a z każdego zakątka miasta Gaudiego dobiegały opowieści o grze tysiąca i jednego podania.

Z czasem jednak tiki-taka przestała być efektowna. Czy może inaczej, przestała w ogóle być tiki-taką, a stała się karykaturą samej siebie. Gra polegająca przez wieki na zdobywaniu bramek coraz częściej przypominała grę, opierającą się tylko i wyłącznie na wymianie podań. Sztuka dla sztuki i kompletne zabicie widowiska coraz częściej stawały się udziałem podziwianej przez wszystkich ekipy. Nie dziwi więc, że przybycie na Camp Nou Luisa Enrique i tym samym odświeżenie formuły o wymianę piłki z pominięciem środka pola przywitano niczym swoiste wybawienie. Po dynastii filozofów Lucho wniósł do drużyny tak potrzebny element normalności, co zaskutkowało zaczerpnięciem drugiego oddechu i ku zawiści rywali – przedłużeniem cyklu. Obecnie jednak, podobnie jak parę lat temu, mamy do czynienia z niepokojącym wynaturzeniem i popadnięciem ze skrajności w skrajność. Sposób gry, który z założenia miał stanowić odskocznię od nudnego klepania piłki, powoli staje się nowotworem sączącym życie z podziwianej nigdyś za styl drużyny. Oglądanie Barçy nie osiągnęło jeszcze co prawda rozmiarów „guilty pleasure”, lecz komu podoba się aktualny obraz gry, niech pierwszy rzuci świńskim łbem.

Obecnie coraz mniej klubów można utożsamiać z konkretnym stylem. Z własną filozofią futbolu jest trochę jak ze ściśle określonym światopoglądem. Jego posiadanie nie jest koniecznością, czymś niezbędnym do egzystencji, co więcej – w wielu przypadkach może wręcz przeszkadzać, zawężając horyzonty do określonych rozwiązań. W chwilach trudności pozwala jednak na czymś się oprzeć, przezwyciężyć wątpliwości i odbudować formę na solidnym fundamencie. Przykładem takiej postawy od zawsze była Barcelona. Pomimo lepszych i gorszych okresów zawsze starała się grać przede wszystkim piłkę techniczną, ładną dla oka i jak zarzekają się osoby związane z klubem, podobno tak jest nadal. Po nie najlepszych wynikach ostatnich tygodni w wypowiedziach piłkarzy przewija się stała narracja: „rywal nas naciskał, nie pozwalał prezentować swojej gry”. Swojej, czyli właściwie jakiej? W obecnej grze Barçy próżno dopatrywać się charakterystycznych rysów, wpajanych latami przez mistrzów holenderskiej szkoły. Szczerze mówiąc, gdyby ktoś zapadł w śpiączkę pięć lat temu i wybudził się na mecz z Realem Sociedad, zastanawiałby się zapewne, dlaczego realizator wmawia mu, że grające tam Levante jest FC Barceloną? W końcu komu przyszłoby do głowy, że znana pod każdą szerokością geograficzną linia pomocy stanie się największą bolączką klubu z Camp Nou?

Xavi praktycznie zakończył karierę, Iniesta zmaga się z kontuzjami, jednak zawodnicy, którzy ich zastępują, robią doprawdy niewiele, by choć trochę nawiązać do sposobu gry swoich poprzedników. Zaniechanie gry przez środek na rzecz zwiększenia bezpośredniości gry zaszło o krok za daleko. W obecnym sezonie Blaugrana niemal zupełnie wyrzekła się kompaktowości. Pomiędzy uśrednionymi pozycjami poszczególnych zawodników można by postawić pięć stołów do bilardu, piłka krąży bez ładu i składu między obrońcami, by następnie zostać posłaną gdzieś do przodu, gdziekolwiek, byle szybciej, byle bliżej bramki rywala. Całkiem jakby zapomniano wpajaną tak długo zasadę: im szybciej chcesz posłać piłkę na stronę rywala, tym szybciej rywal ją odzyska. Nikomu niepotrzebny nawyk pośpiechu wypędza pomocników coraz to dalej od koła środkowego, byle tylko przejąć długie podanie, budować atak pozycyjny już tam, na miejscu, 30 metrów od bramki rywala. Czy to przy stanie 0:0, czy goniąc wynik, kompletnie brakuje nam cierpliwości w rozegraniu, poszanowania dla posiadania piłki i chłodnej głowy. Doprawdy nie wierzę, że to piszę, ale naszym największym problemem jest budowanie gry od tyłu.

  Wyprowadzanie piłki z własnej połowy podczas meczu z RSSS

Wbrew wszechobecnej krytyce i pełnych rozczarowania słowach niektórych graczy, naszym celem na najbliższe spotkania nie powinno być wcale zdobycie za wszelką cenę wszystkich możliwych punktów, a swoisty powrót do korzeni. Przypomnienie sobie pewnych pryncypiów, które przez lata były fundamentem złotej ery. Cóż z tego, że mamy w drużynie zawodników najlepszych na świecie na swoich pozycjach, jeśli są oni osamotnieni w swojej grze. Wbrew pozorom rywalom coraz łatwiej udaje się nas zdominować nie dlatego, że ich pressing jest szaleńczo agresywny i precyzyjnie zorganizowany, lecz dlatego, że jest walką jednego przeciwko wielu. Nawet najbardziej zaawansowany technicznie zawodnik nie jest w stanie wyjść spod nacisku rywali, jeśli co chwila będzie zmuszany do holowania piłki, nie mając jej komu odegrać. Niedopuszczalna powinna być sytuacja, w której kryty przez dwóch rywali Busquets jest zmuszony do wchodzenia w drybling, czy niezdarne przebitki, wymuszone tym, że partnerzy z boiska nie stwarzają mu alternatywy.

Trójkąty! Tylko i aż tyle. Po odejściu Guardioli coraz częściej da się usłyszeć z zakamarków Internetu opinie, że jego sukcesy zbudowały się same, były zasługą zawodników czy poprzednich trenerów. Jego „filozofowanie” można różnie oceniać, jednak nie sposób mu odmówić jednego: najpierw uczył swoich zawodników grania w piłkę, a dopiero później realizowania konkretnych założeń taktycznych. Niestety obecna Barcelona przypomina początkującego gracza w Fifę. Chciałaby grać efektownie i widowiskowo, jednak znajomość skrótów klawiszowych pozwala wykrzesać jedynie twór Leicesteropodobny. Na poczet braku zgrania można zrzucić bardzo wiele, jednak pewne podstawy, w postaci wyjścia do podania, wpaja się piłkarskim adeptom od pierwszego dnia treningów. Nie można wymagać od zawodników brania ciężaru gry na siebie, gdy najzwyczajniej w świecie nie mają komu przekazać pałeczki, by odetchnąć choćby na dwie sekundy.

  Przykładowe mapy podań FC Barcelony w meczach tego sezonu

Zawodnicy, których mamy przyjemność oglądać w wyjściowych zestawieniach, trafili na Camp Nou z jakiegoś powodu, a brak odpowiedniego pokierowania ich grą wcale nie umniejsza ich umiejętności. Wielu już w tej chwili spisuje ich na straty, cytując wierszem kwoty, jakie za nich zapłacono. Należy jednak pamiętać, że na poszczególnych zawodników można zrzucać winę za jeden czy drugi gorszy mecz, nie za piąty z kolei. Potrzeba nam rozgrywającego, który choć trochę mógłby pokryć pozycję klasycznej szóstki. Dotychczasowe ustawienie Andre Gomesa czy Denisa Suáreza niewiele miało wspólnego z tą rolą, jednak na całe szczęście są to młodzi zawodnicy, mogący łatwiej przystosować się do nieco innych zadań boiskowych. W ostateczności można przywrócić na tę pozycję nawet Sergiego Roberto i pokryć prawą obronę rdzewiejącym Aleixem Vidalem albo nawet wschodzącą gwiazdą Barçy B Sergim Palencią. Przede wszystkim należy jednak przywrócić drużynie kompaktowość i mobilność poprzez zmianę założeń taktycznych. Przed meczem z Realem Madryt niczym na zbawienie czeka się na powrót Iniesty. Jego obecność faktycznie może wnieść zagubioną jakość do drużyny, jednak dopóki cała reszta naszych pomocników będzie się wykazywać ruchliwością cząsteczek w temperaturze zera bezwzględnego, nie ma co liczyć na długoterminowe przełamanie kryzysu.

Przy okazji Iniesty warto też wspomnieć o innej ważnej funkcji linii pomocy, która została zaniedbana pod jego nieobecność, a mianowicie o powrotach ofensywnych graczy do defensywy. Podczas ostatnich sezonów to właśnie w tym aspekcie dał się odkryć nieznany wcześniej talent naszego kapitana. Wsparcie Ivana Rakiticia i don Andrésa dla poczynań defensywnych stanowił jeden z filarów sukcesów ostatnich dwóch sezonów. Obowiązek zdobywania bramek przemieścił swój środek ciężkości zdecydowanie bardziej na stronę MSN. Ofensywni pomocnicy stanowili bardziej łącznik pomiędzy formacjami, ograniczając wejścia w pole karne rywala do niezbędnego minimum i pozwalając tym samym rozwinąć skrzydła bocznym obrońcom. To rozwiązanie nadal może funkcjonować, pod warunkiem, że defensorzy będą odpowiednio ubezpieczani podczas rajdów na połowę rywala. Trudno zaś o stabilność defensywy, gdy są oni zmuszani do samodzielnego pokrycia całego bocznego sektora.

Bardzo chciałabym uniknąć obarczania winą za obecną sytuację wyłącznie Luisa Enrique, jednak jeśli przegrywa on rywalizację na pomysły z nieodżałowanym Eusebio Sacristánem, coraz trudniej wymyślić argumenty na jego obronę. Tym bardziej, gdy jego jedyną reakcją na wynik jest pojedyncza zmiana w przerwie spotkania. Nie bardzo pociesza mnie też powtarzana przez niektórych kibiców mantra, że „gorzej grać już nie można”. Cóż, kiedy ostatnio sprawdzałam, druga zasada termodynamiki wciąż obowiązywała, więc jeśli niepodjęte zostaną żadne kroki, barcelońska entropia może jedynie wzrosnąć. Na całe szczęście nikt nie każe trenerowi wymyślać koła na nowo. Wystarczy odnieść się do rozwiązań, które ktoś już kiedyś wymyślił. Co więcej zdecydowana większość naszych zawodników dobrze je zna, wystarczy je tylko odświeżyć.

Tagi:

Felietony

Udostępnij:

Komentarze (49)

Gorące tematy