LEGO Camp Nou – rozrywka na kilka(dziesiąt) jesiennych wieczorów

Julia Cicha

29 listopada 2021, 14:58

Brak komentarzy

Na wstępnie muszę zaznaczyć, że zawsze chciałam złożyć duży zestaw LEGO. Dla uspokojenia sumienia i jako świetną wymówkę dla krzywo patrzących żon, mężów czy innych killjoyów oznaczają je jako 18+, więc spokojnie mogłam się za nie wziąć. Bez obawy, że połknę jakiś mały element, których są tysiące (dokładnie 5509) i których… kilka mi po złożeniu zostało. Ale o tym później.

Na początek mały szok i przerażenie. Niby wiedziałam, że pudełko będzie duże, ale nie sądziłam, że karton po nim będzie przez ponad miesiąc służył za domek dla mojego kota. Który zresztą klockami był i jest zachwycony, co widać na załączonych obrazkach. I co sprawia, że złożone Camp Nou leży obecnie na mojej szafie, gdzie jeszcze nie dotarł. Pozdrawiam cię, Ragnar.

Zaczęło się niepozornie i dość łatwo, bo nie zauważałam części szczegółów, takich jak choćby pionowe lub poziome żłobienia na klockach. Na szczęście to nie kolorowanka, można było poprawiać. Jedynym mankamentem tego zestawu, jeśli można to nazwać mankamentem, jest duża powtarzalność. Trybuny składa się podobnie, po jakimś czasie niemal automatycznie. Ale frajdy jest w tym tyle samo!

Stadion wygląda wręcz lepiej od oryginału, ponieważ jeśli go nie upuścisz na ziemię (udało mi się tego uniknąć), to się nie rozlatuje. Nie ma tam też gołębi czy gruzu, jest za to klubowy autokar czy miniaturowe drzewka. Wszystko ładnie dopracowane. Zadbano nawet o takie detale jak tablica wyników z manitą, a więc z rezultatem 5:0 tak znamiennym dla fanów Barçy, czy napisy na trybunach odpowiadające tym rzeczywistym. Widoczne na powyższym zdjęciu literki to naklejki, tutaj trzeba się było nagimnastykować, żeby wyszło w miarę prosto. Ale jak na beztalencie manualne, którym jestem, chyba podołałam.

Cały zestaw układałam około miesiąca. Instrukcja podzielona jest na 32 etapy powiązane z konkretnymi woreczkami z klockami, więc łatwo jest „porcjować” sobie zabawę i nie doprowadzić do sytuacji, w której klocki dwoją ci się i troją przed oczami, a nawet śnią ci się po nocach. Ja w układanie zaangażowałam chłopaka i przyjaciółki, ale w zasadzie można powiedzieć, że zaangażowali się sami, bo nikt nie chciał przepuścić okazji. Nawet kot! Jest to więc zarówno zabawa dla starych wyjadaczy LEGO (a kolekcjonerzy pewnie już od dawna mają Camp Nou w swoich zbiorach), jak i dla nowicjuszy, ponieważ z instrukcją każdy da sobie radę.

Nie pozostaje mi nic innego, jak zwyczajnie zachęcić was do układania. Ja już nie mogę się doczekać kolejnej okazji!

Poleć artykuł